animals

Afternoon with ostriches

This afternoon we spend on the dunes in front of our chalet. We walk to the other side of dunes and ostriches follow. It is truly amazing to be so close to wild animals and see them not afraid and keeping just a very small distance from you. There is also a springbok, far away we see a donkey, and of course there are various birds and some insects. The sun is ablaze and dunes are burning shade of orange. It is assaulting our eyes. It is beautiful. We go back just in time to relax a little before the sunset and dinner. 

Dzisiejsze popołudnie spędzamy na wydmach za naszym domkiem. Idziemy przez piaszczystą dolinkę na drugą stronę wydm po przeciwnej stronie, a za nami idą strusie. Słońce wciąż grzeje pełną mocą, piasek ma kolor ognistej pomarańczy, aż razi w oczy. Jest pięknie. Moje wewnętrzne dziecko podskakuje radośnie widząc dzikie zwierzęta zupełnie się nami nie przejmujące, jeśli tylko nie próbujemy podejść za blisko (nie próbujemy). Jeden ze strusi drepta za nami tak skracając dystans, ze zaczynam sprawdzać, czy nie chce mnie czasem stąd wyprosić, ale nie, ewidentnie nie ma żadnych złych zamiarów. Ogląda sobie tylko dziwne stworzenia, które mu łażą po piaskownicy. Oprócz strusi widzimy także skocznika, osiołka, różne ptaki i nawet konika polnego. Wracamy do siebie akurat na czas, żeby chwilkę odpocząć przed zachodem słońca i kolacją.

Feeding Etosha and Tuano

It is time to visit Tuano and Etosha for the last time. It is time for their first meal of the day and we are allowed to feed them by ourselves. They come quickly knowing very well we have their brunch with us and they are oblivious to everything else when they eat. We can pat them on their heads and they do not even notice it. They stay with us for a while after the meal, cleaning each other in a friendly fashion, observing us lazily from the nearby bushes. And then it is time to say our farewells. I so hope they will live happily and in good health for a long, long time. 

Nadszedł czas, żeby po raz ostatni odwiedzić Etoshę i Tuano. To jest pora ich pierwszego posiłku i tym razem możemy je sami nakarmić. Gepardy pojawiają się bardzo szybko po naszym przybyciu - dobrze wiedzą, że oto nadchodzi pełna micha. Kiedy jedzą, nic innego ich nie obchodzi. Możemy miziać je po gęstym futrze na głowie, dużo grubszym i bardziej szorstkim niż się spodziewałam, nie zwracają na to kompletnie uwagi. Po skończeniu posiłku nie oddalają się natychmiast. Rozkładają się pod pobliskimi krzakami, myjąc sobie wzjemnie umazane krwią pyski i obserwując nas leniwie spod oka. Ale w końcu zaczynają się zbierać i to jest czas na nasze pożegnanie. Trzymajcie się chłopaki, mam ogromną nadzieje, że przed wami jeszcze wiele dobrych, szczęśliwych lat…

Cats, meerkats, donkeys, and a peacock...

 …or otherwise a short break before we go again to feed the cheetah. Marcin decides on a pint of beer from the swimming-pool bar and is immediately surrounded by curious meerkats. I grab the camera and go to take some pictures but local cats come to say hello and of course we make friends immediately. My soul is feline-friendly to the very core and they sense it easily. It is already super hot, the grass around the bar is being watered and meerkats sit close enough to enjoy a delicate spray but far enough to avoid all the big droplets. When the droplets come too close they shift a few inches but do not run away. It is a pleasure to watch them enjoying the mist. The magic of this place is that you do not have to look for animals – just sit down and wait, and sooner or later they will come to you. Apart from meerkats and cats, during this short break we are also visited by donkeys and a peacock. I have to smile. 

Koty, surykatki, osły i paw czyli czas na krótką przerwę zanim pojedziemy znów karmić gepardy. Marcin decyduje się na zimne piwo w barze przy basenie i prawie natychmiast otoczony jest przez wścibskie surykatki. Ja łapię aparat i idę porobić im trochę zdjęć, ale zaraz przychodzą do mnie lokalne koty, żądając należytych sobie względów – miziaj, kobieto, miziaj. Miziam z przyjemnością, rzecz jasna. Słońce jest już wysoko i praży wszystko jak skwarki na patelni, ktoś z obsługi złapał więc za szlauch, żeby podlać trawę wokół baru. Surykatki zeszły z drogi, ale tylko odrobinkę, siedzą na tyle blisko, ze dolatuje do nich drobniutka mgiełka wody. Kiedy zaczynają dolatywać trochę większe krople – przesuwają się o kilka kroków, nie więcej. Aż żałuję, że nie mam przy sobie kamery. Największy urok tego miejsca polega na tym, ze nie trzeba tu szukać zwierząt. Wystarczy usiąść i chwilę poczekać i na pewno coś prędzej czy później przyczłapie. W czasie tej krótkiej przerwy przypałętały się w nasze okolice także osiołki i paw. Jak tu się nie uśmiechać.  

King Flesh

The biggest of them all, he is the size of a lampart rather than cheetah, King Flesh is kept completely separately at the moment. His temporarily enclosure is close to where the behaviourist lives, to make many opportunities for these two to bond. This will help to manage King Flesh who is not to be released to the wild. To our surprise our guide is not going inside with us. It turns out there is a history between him and King Flesh, a history that left him a few scars, and one he is not very keen to repeat. So now we find ourselves in a company of a a mighty and not utterly used to humans’ company cheetah, with only the behaviourist keeping him under control. Rule number one - if he comes for you, do not run away. The moment you run, you are the prey and he is the predator. Not an option with big chances of success for the prey. But King Flesh tolerates us OK, most of the time. Oh I am not blind to the few occasions where he was, perhaps, considering showing us who rules this place, but the behaviourist put himself in between us, in such a subtle way as to not alarm us at all. And somehow, full of respect, I am not afraid at any point - I guess I am too much in awe to be afraid. The cat eats his meal and then starts to show his belly, purr and play with the behaviourist. Now, that takes us somewhat by surprise - he behaves like a sweet naughty kitten (albeit with very big claws). And just look at him, if he is not an apotheosis of beauty then I do not know what is.

Nadszedł czas by zawieść posiłek do kolejnego wybiegu. Największy z tutejszych gepardów, wielkością bardziej zbliżony do lamparta, King Flesh, mieszka chwilowo w zupełnie innej części farmy, blisko domu behawiorysty. Dzięki temu mogą się regularnie widywać i budować więź, która pomoże w opiekowaniu się gepardem. Przed wybiegiem nasz przewodnik się zatrzymuje i mówi, że poczeka na nas na zewnątrz. Okazuje się, że z King Flesh’em miał już bardzo bliskie spotkania, po których zostało mu kilka blizn i których nie chciałby raczej powtarzać…  I tak oto jesteśmy na wybiegu z wielkim, majestatycznym i niekoniecznie przyzwyczajonym do towarzystwa ludzi gepardem. Dobrze, ze chociaż behawiorystę lubi. Zasada numer jeden: nie uciekać, jak gepard do Ciebie podbiega. Jak tylko zaczynasz uciekać, stajesz się ofiarą a drapieżnik ofiarę jak wiadomo ściga. No i zakładając, że nie jesteś sprinterem olimpijskim, ten cię raczej doścignie. King Flesh jednak całkiem nieźle znosi nasze towarzystwo, znaczy generalnie ma nas w nosie, chociaż nie umknęły mojej uwadze te momenty, kiedy być może już wstępnie rozważał czy nam jednak nie pogonić kota, a behawiorysta z wielką gracją i jak gdyby nigdy nic (żebyśmy zawału nie dostali czy nie zapomnieli o zasadzie numer jeden) ładował się miedzy nas i zajmował jego uwagę czymś innym. Z tych innych rzeczy najlepiej sprawdziła się pełna miska. Obżarł się gepardzik i już mu się nie chciało ruszać tak bardzo. W żadnym momencie jakoś się nie bałam (nie mylić z nie czuciem respektu), ale tylko dlatego, że zafascynowana tym kotem nie zdążyłam się wystraszyć. I tu kolejna niespodzianka, bo kocur po wciągnięciu obiadu nagle bum i wywala się na grzbiet z prośbą „weź mnie pogłaszcz po brzuszku”. Patrzę, czy to nie będzie pułapka na naiwnych, ale behawiorysta go mizia, a ten mruczy i się wygina i tylko te wielkie wystawione pazury przypominają, że jednak to jest trochę większy kotek. No i już rozumiem dlaczego ten człowiek wygląda, jakby odmierzał czas nacinając sobie kreseczki na rękach zamiast używać tradycyjnego kalendarza. Bardzo delikatny gepard to wciąż gepard, który zostawia, ujmijmy to delikatnie, zadrapania. Za to jaki jest piękny. Jeśli on nie jest apoteozą piękna, to nie wiem co nią jest.