Kalahari Red Dunes Lodge - here we come

Not far from Mariental we turn left and go into the desert. It is so calmingly beautiful here. The dunes in bright orange contrast with blue sky, trees bent under weight of sociable weavers' nests, and - as the rainy season was good this year - there is some greenery, too. And then we arrive at Kalahari Red Dunes Lodge. The place is even nicer than I imagined. Our room, with thatched roof  and walls made partly from stone and partly from canvas, is huge and boasts enormous panoramic windows. It is elevated so the view on a big vlei is fantastic and the first thing we can see are elands lazing around. Oh yes, I grab the camera :-). The bed is huge and comfortable. There is one shower in the room, one in the bathroom and one outside - choices, choices. Do I find it a bit excessive? Yes, sure. Does it bother me? Not at all.

W okolicach miasteczka Mariental odbijamy w lewo i wjeżdżamy w pustynię. Kalahari to ogniste pomarańcze wydm, nasycony błękit nieba, a teraz, tuż po porze deszczowej, także całe wyspy zieleni. Nasz pierwszy przystanek to Kalahari Red Dunes Lodge, gdzie spędzimy noc. Domki gości rozstawione są tu wokół podziemnego jeziora, każdy na drewnianym pomoście, z dachem krytym strzechą i ścianami częściowo z kamienia i częściowo z płótna. Na dwóch ścianach znajdują się wielkie panoramiczne okna i pierwsze co widzimy to pasące się leniwie stado elandów (antylopa kanna). Gdzie jest mój aparat? Łóżko jest duże i wygodne, i mamy też trzy prysznice: jeden w pokoju, jeden w łazience i jeden na zewnątrz. Spadła torba z wysokorba, a w tej torbie chleb i borba, raz, dwa, trzy, dziś mnie myjesz prysznicu ty…

 

 

To see 360 degrees interactive Panorama please follow the link above

Kliknij w link powyzej, aby wejsc do panoramy

The Tropic of Capricorn

This morning we leave Windhoek behind to go south. The Tropic of Capricorn awaits here, the gate to our adventure. Last time we visited Namibia we crossed it without paying much attention. This time we stop for a short break. Hello South :-)

Dziś rano opuszczamy Windhoek, aby kilka godzin później dotrzeć do zwrotnika koziorożca, wyznaczającego początek naszej Południowej Odysei. Ahoj przygodo. 

Joe's Bar

Joe's Bar, oh Joe's Bar, how we have missed you. The best food ever.  Snails, oryx, zebra, springbok - this is our choice for dinner. It is very busy tonight, but we are lucky to find a table quite quickly. The evening is a bliss. And after we are back in the Olive Grove there is a chocolate and a glass of port waiting for us, too. Paradise does exist. 

Punkt kulminacyjny dnia – kolacja w Joe’s bar. Nie mamy rezerwacji, Joe’s jak zawsze zatłoczony, ale szczęścia mamy więcej niż rozumu i jedna z kelnerek szybko znajduje nam stolik. Jakby tak trochę poza kolejką, co docenimy odpowiednim napiwkiem.  Karma w końcu istnieje, może następnym razem też nam los będzie sprzyjać. Ślimaki jako starter, antylopy i zebra jako danie główne i nie musze nic więcej mówić. Kucharz tutaj jest warty swojej wagi w złocie. Po bardzo przyjemnym wieczorze wracamy do Olive Grove, a tam już na nas czeka wieczorna czekoladka i karafka porto. Raj jednak istnieje. 

Olive Grove, Windhoek

This is not our first stay at the Olive Grove, so we knew what to expect: comfortable, pleasantly cool and a bit quirky rooms with big bath tubes, nice, sunny patio and wonderful breakfast. This afternoon we are collecting our car and there is nothing else on our itinerary, apart from a dinner at Joe's Bar. Just relax, unwind, sip cold drinks observing sociable weavers and get ready for a big Southern Odyssey starting tomorrow.

To nie jest nasza pierwsza wizyta w hotelu Olive Grove, więc wiemy dokładnie czego się spodziewać. Czekaja na nas wygodne i przyjemnie chłodne pokoje z wielkim łóżkiem i jeszcze większą wanną, w klimacie, który bardziej kojarzy mi się z Tunezją niż Namibią, słoneczne patio i bardzo dobre śniadanie. Dzisiaj odbieramy samochód i oprócz obiadu w Joe’s Bar nie mamy żadnych innych planów. Tylko popijać herbate/kawe/zimny napoj, napawając się słoncem i obserwując wszędobylskie tkacze (miejscowe ptaki). Jutro zaczyna się wielka południowa odyseja. Dzisiaj jest słodkie farniente.

 

 

Off we fly

It is time to see Namibia again. This time we use loyalty points to splurge a little and travel in Business Class. But before we leave there is still time for lounge. Somehow our travels always make us sinners if we talk about food... 

Nadszedł czas, żeby znów odwiedzić Namibię, jeden z naszych ulubionych krajów. Tym razem punkty lojalnościowe pozwalają nam odrobinkę zaszaleć i lecimy biznesem. A że lecimy biznesem, to rzecz jasna przed wylotem czas na lounge i pasienie brzuchów... Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina...

The travel is really nice. It makes such a difference when you can just lie down and sleep comfortably enough. Plus the food is excellent. One, two, three and we are in Johannesburg.

To jest mój pierwszy lot na długi dystans w klasie biznes i już wiem, że lecąc w klasie ekonomicznej będę odtąd narzekać. Ale póki co dobry obiad, film, a potem rozkładam fotel, owijam się kocykiem, zamykam oczy i raz, dwa, trzy - już jesteśmy w Johannesburgu.

Johannesburg means another lounge as we wait for the flight to Windhoek.

Johannesburg i krótka wizyta w tutejszym lounge'u w oczekiwaniu na lot do Windhoek.

 

One more flight, one more meal (oh yes, this never ends) and we will see Windhoek again.

Jeszcze jeden krótki lot, jeszcze jeden posiłek (wakacje tuczą!) i zaraz będziemy lądować w Windhoek.