Namibia

Into the strom

The storm is quickly approaching and the darkness is coming, so we have to go back to the lodge. Only it looks like we are riding just into the eye of the storm… By the time we arrive at lodge, it is bucketing down, every few minutes the darkness is ripped by the flashes of light, and the noise is so loud we have to scream to hear ourselves. We run to our chalet, a little bit scared but mostly giggling - happy, thrilled, and exhilarated, and immediately roll the roof down to avoid flooding. It is pitched black now, you cannot see anything at all in front of you, not even the Canyon edge. It feels as if outside the door there is a black solid wall, big nothingness, apart from these few second every so often when sharp whitish light ignites, violent, angry, strong, assaulting our eyes. It is crazy. It is a rupture. It is fascinating.  We try to take an image but outside it is literally tipping down strong wind batters everything around, so Marcin puts the camera tripod at the entrance of our chalet and I have to use all the strength I have to keep the door from slamming and still he has to help!).  But we have the image, yay! We wait for the storm to calm down a little before we go for our dinner. Tomorrow we go down to the canyon. Tonight we are going to sleep like innocent babes. 

Below there is our storm image and a little video with the storm. 

  

Burza zdecydowanie się przybliża, robi się coraz ciemniej wiec czas się zbierać do hotelu. Jest tylko jedno ale. Hotel jest dokładnie w stronę, skąd burza nadchodzi. Jedziemy więc w samą paszczę lwa…  Mój instynkt samozachowawczy krzyczy coś do mnie przez tubę, ale burza go skutecznie zagłusza. Kiedy dojeżdżamy na miejsce, deszcz zaczyna lać jak z cebra i co kilka minut ciemność rozrywana jest przez oślepiające światło błyskawic. Grzmoty są tak głośne, że musimy krzyczeć, żeby się usłyszeć. Puszczamy się biegiem do naszej chatki (całkiem spory kawałek mamy do przebiegnięcia) i nie wiem czy nasze tempo wynika z potrzeby chronienia sprzętu fotograficznego, małej dawki strachu, sieczących nas po głowie i plecach wielkich kropli deszczu, czy po prostu radości wariackiego sprintu, ale za chwilę już wpadamy do środka, próbując złapać oddech i przestać chichotać. Póki co w środku jest jeszcze cudownie sucho, wiec rzucamy się od razu opuścić dach, żeby woda nie wlała się do środka. Burza jest teraz tuż koło nas, ciemność na zewnątrz, że oko wykol, nie licząc powtarzających się co chwila błysków.  Momentami czuje się jak w stroboskopie. Deszcz leje się strumieniami, co jakiś czas huk jest taki, że czuję, jak ziemia trzęsie się nam pod stopami. Wyładowania zdają się koncentrować w części kanionu dokładnie naprzeciwko nas, więc staramy się uchwycić to na zdjęciu. Trochę jest to karkołomne zadanie bo ciężko jest wyjść na zewnątrz z aparatem w ten zacinający deszcz. Marcin rozstawia statyw w samych drzwiach i oboje musimy trzymać drzwi ze wszystkich sił, żeby wiatr nimi nie trzasnął z wielkim hukiem. Ale zdjęcie jest. Na kolację pójdziemy, jak burza się już przetoczy nad nami i deszcz przestanie lać. Jutro po śniadaniu jedziemy na cały dzień w głąb kanionu. Dziś w nocy zaś będziemy spać snem sprawiedliwego.

Pod spodem nasze zdjęcie burzy z hotelu i video z burzą w roli głównej.

Storm

It becomes darker and the rains visible from far away are coming closer, accompanied by a fantastic lightening bonanza. It is incredible, far away enough for us to not feel scared (well, maybe we are just naïve like this) but so intense, breath-taking, beautiful. We drink our sundowner G&T, take pictures and just enjoy it. Thank you, Namibia, for this unforgettable spectacle. (No Photoshop gimmicks on images below, just basic processing)

 

Światła szybko ubywa, widoczne z daleka deszcze przesuwają się w naszym kierunku i na horyzoncie pojawiają się wyładowania atmosferyczne . Ale, nie jedno, dwa, trzy. Błyska praktycznie nieustannie. Jesteśmy na tyle daleko, żeby czuć się bezpiecznie (możliwe, że to jedynie wynik naszej naiwności), ale przedstawienie jest tak intensywne, groźne i piękne, ze zapominamy w tym momencie zupełnie o kanionie. Popijając gin z tonikiem (to w końcu miał być sundowner) szukamy dobrego miejsca na ustawienie aparatu, wyzwalamy migawkę na dłuższy czas i łapiemy błyskawice- jedna, dwie, trzy cztery, czasem więcej. Namibia nam zgotowała niezapomniane przedstawienie. Naprawdę myślę, że ten kraj i my lubimy się z wzajemnością.  (Na zdjęciach poniżej nie ma trików z Photoshop’a, tylko zwyczajna obróbka - poprawki światla, kontrastu,  balansu bieli itp.). 

 

On the edge of the world..

This afternoon we drive with the guide and a few fellow visitors on the top of the plateau to one the great viewpoints over the canyon. The Canyon Park (45 000ha) is a vast and rugged landscape of flat-topped rocky mountains and dry plains. It is hyper-arid, much more severe, much harsher than Kalahari, and yet - against the odds - life still finds a way to prevail here. Vegetation is sparse, deciduous dwarf shrubs comprise the majority of the flora, but we can see some splashes of green, and it is enough to feed the wildlife, especially after good rains. This part of Namibia is largely undeveloped and it offers a true sense of undiscovered wilderness. You feel utterly remote here and yet also totally connected, even if it sound very cliché. The Park is located in the Nama Karoo biome bordering on the Succculent Karoo biome, where we will go next, with a variable rainfall that may fall both in summer and winter. 

Późnym popołudniem z przewodnikiem i małą garstką innych gości hotelowych jedziemy obejrzeć zachód słońca z punktu widokowego na kanion. Taki przynajmniej jest plan, który nam zmodyfikuje co nieco pogoda, ale o tym za chwilę. W zajmującym powierzchnię 45 tys. hektarów Parku Kanionu dominuje skalisty, surowy krajobraz. Wielkie płaskie połacie wysuszonej kamienistej ziemi i poprzecinane licznymi żlebami góry o płaskich zerodowanych szczytach wydają się być dużo bardziej bezlitosne, oferujące zdecydowanie mniej wsparcia niż Kalahari, a jednak wystarczy kilka dni obserwacji, żeby zauważyć, ze życie wciąż jest tutaj bardzo bogate. Szczególnie teraz, po w miarę dobrych deszczach, piegi zieleni pojawiające się w krajobrazie wystarczają by zwabić wiele zwierząt z terenów położonych bardziej na północ. Ta część Namibii jest niemal nieskażona ludzką działalnością, jest tu mało hoteli, prawie nie ma farm, nie ma przemysłu, bardzo łatwo jest o poczucie, że jest się naprawdę w środku nieokiełznanej niczym natury. Człowiek czuje się jak na końcu świata, może zresztą dlatego, że na nim jest.  Park zlokalizowany jest w biomie Nama Karoo, na granicy z biomem Succulent Karoo, który odwiedzimy później, z deszczami pojawiającymi się nieregularnie zarówno latem, jak zimą. 

There are over 100 endemic succulents here, including the largest, the Aloe dichotoma, also known as ‘Kokerboom’ or Quiver Tree, as well as over 1 600 other plant species. Quiver trees occurs lonely or in smaller or bigger groves above and on the slopes descending into the canyon. Growing up to 10 meters high, some reach an age of up to 300 years old. 

Rośnie tutaj ponad 100 endemicznych gatunków sukulentów, włączając w to Aloe dichotoma, znane także jako kokerboom lub drzewo kołczanowe, a także ponad 1600 innych gatunków roślin. Drzewa kołczanowe czasami występują samotnie, ale często rosną w większych lub mniejszych grupach, osiągają do 10 m wysokości i niektóre mają nawet 300 lat. 

In many places we can see a succulent known as Euphorbia damarana or Damara milk-bush (melkbos), a species of flowering plant native to Namibia. It produces toxic milky latex capable of killing animals and humans except rhino and oryx who feed upon it in times of drought. Supposedly, if you have an open wound and come into contact with the plant its poison could kill you. Another story we have heard was of  a group of miners who died after consuming food cooked over a fire of Euphorbia damarana.

W wielu miejscach spotykamy charakterystyczny sukulent zwany wilczomleczem Damara (Euphorobia damarana), endemiczny dla tej części Afryki. Euforobia ta słynie z wysoce toksycznego lateksu, powodującego śmierć ludzi i większości zwierząt, za wyjątkiem nosorożców i oryksów, które żywią się nią w trakcie suszy. Podobno kontakt z rośliną w przypadku posiadania otwartych ran może się skończyć śmiercią. Słyszeliśmy też historię o górnikach, którzy zmarli po wypiciu wody ugotowanej na ogniu z tej rośliny. 

Fish River Canyon is one of the deepest in the world, second in size to the USA’s Grand Canyon only. It is 161 km long, up to 27 km wide and almost 550 m deep. We can see the Fish river itself but only as mere trickle of silver ribbon down at the bottom. If you have ever visited the Grand Canyon, imagine it WITHOUT thousands, without even hundreds of visitors. There is only a very small bunch of us, drinking in the view as soft evening light paints everything in reddish colours. But there is a huge distraction from breath-taking views over the canyon - the storm coming from the direction of our lodge. The storm in all its glory.  

Kanion rzeki Fish jest drugim co do wielkości kanionem na świecie, zaraz po słynnym Wielkim Kanionie Kolorado. Ma 161 km długości, 27 szerokości i 550 metrów głębokości. Patrząc z punktu widokowego możemy dostrzec w niektórych miejscach srebrną wstążkę rzeki Fish.

Jeśli ktoś kiedyś odwiedził amerykański Wielki Kanion, to może spróbować wyobrazić sobie podobny bez tysięcy, bez setek, a nawet bez dziesiątek turystów. W zasięgu wzroku nie ma nikogo innego – tylko nas kilkoro, stojących na brzegu kanionu, podczas gdy wieczorne światło zaczyna  malować wszystko piękniejszą paletą barw. Ale pojawia się coś, co odciąga naszą uwagę od piękna kanionu – od strony naszego hotelu nadciąga burza. I bynajmniej nie robi tego po cichu i ukradkiem, ale w pełnej krasie błyskawic i dramatycznego światła. 

To the South...

We head for early breakfast and immediately after it is time to go. We have more than 450 km of travel in front of us. At first we have a luxury of wide tarmac road, then it changes into a gravel one, and the closer we are to Fish River Canyon the narrower and more twisting it becomes. As we travel, the landscape changes in front of our eyes, we pass some mountains, big areas of sand covered in small yellow flowers (recent rains are to be grateful to for this surprising view), and at the end the land becomes more barren, rocky, and even more exposed to the merciless sun. We arrive to the Fish River Lodge just in time to unpack and have a cup of tea before our sunset scenic drive.  Some images (mostly from my mobile) and a movie from our trip are added below. 

 

Idziemy na wczesne śniadanie i natychmiast po nim ruszamy w dalszą drogę. Przed nami ponad 450 km do kanionu Fish River. Do widzenia gepardy, stonogi, koty, osiołki, strusie i skoczniki. I piękne, ogniste wydmy. To były bardzo udane dwa dni a teraz czas ruszyć dalej na południe. Początkowo prowadzi nas szeroka asfaltowa droga, która z czasem zamienia się w szutrową, a ta z kolei im dalej na południe, tym bardziej staje się wąska i kręta. Co jakiś czas kompletnie zmienia się krajobraz, czasami jest zupełnie płasko a innym razem mijamy wielkie góry. Najbardziej zaskakują nas wielkie kobierce małych, żółtych kwiatków, efekt udanej pory deszczowej. Daleko na południu krajobraz staje się bardziej surowy, kamienisty, na pierwszy rzut oka wydaje się aż jałowy, ale przekonamy się wkrótce, że tak naprawdę życie wciąż jest tutaj bogate. Docieramy do Fish River Lodge akurat na czas, żeby zanieść bagaże do naszego domku i wypić filiżankę herbaty przed wieczorną wyprawą do punktu widokowego na kanion. Poniżej kilka zdjęć (głównie z komórki) i filmik z naszej dzisiejszej podróży. 

Last morning at Bagatelle

We get up very early and are rewarded by a beautiful sky. The clouds are quite dramatic and the light totally serene. I must say I love mornings at Kalahari. 

 

Wstaliśmy bardzo wcześnie i w nagrodę możemy podziwiać piękne niebo. Chmury dzisiejszego ranka są dość dramatyczne ale światło łagodne. Zaczynam naprawdę lubic wczesne poranki na Kalahari. 

Lazy evening

The day is nearly over and Marcin sits down on the dunes just in front of our chalet to play with a time-lapse using camera on sliders. We started a bit too late so it will be a very short time-laps but it is more to try the sliders out than anything else. The sunrise is really lovely, the light quite breath-taking.  And then we go for a dinner, the springbok already there of course, looking for a chance to steal some greens. On the way back we encounter centipedes, fascinating if not necessarily very beautiful. And then it is time for bed. There is a very early start tomorrow, as we have to go all the long way to the Fish River Canyon. Goodnight, sleep tight, do not let centipede bite. 

 

Dzień zmierza ku końcowi, kiedy Marcin usadawia się na wydmach tuż przed naszym domkiem, żeby zrobić film poklatkowy. Trochę za blisko do zachodu słońca, więc time-lapse będzie bardzo krótki, ale jest to bardziej próba wykorzystania po raz pierwszy nowych prowadnic. Zachód słońca jest bardzo ładny, światło na Kalahari jak zwykle piękne. Zaraz po zachodzie zbieramy się na wczesną obiadokolację, nasz znajomy skoczek rzecz jasna obecny i czujnie szukający czy komuś może jakieś warzywko zbędne nie zalega na talerzu…. A w drodze powrotnej spotykamy stonogi. Naprawdę mają ze sto nóg. Powiedzmy sobie szczerze -  jakieś bardzo piękne to one nie są, ale na te ich nogi poruszające się na wzór fali to można się gapić i gapić. No i już czas  się kłaść bo jutro pobudka o bladym świcie i długa droga do Fish River Canyon. Dobranoc, pchły na noc, karaluchy pod poduchy a stonogi niech nie włażą nam pod nogi. 

A short movie from this evening…

Krótki filmik z dzisiejszego schyłku dnia

Bath with a view

I try not to use too much water in Namibia (meaning quick showers more often than baths) but in this area the rain season was good, so I decide to spoil myself with a bath this once. Soaking in hot, foamy water and observing ostriches going by – this is how proper extravaganza looks like…

Staramy się nie zużywać w Namibii zbyt dużo wody (co zwykle oznacza szybki prysznic raczej niż kąpiel), ale w tym rejonie była dobra pora mokra, wiec ulegam pokusie i tym razem napełniam wannę wodą. Relaksując się w gorącej wodzie obserwuję łażące pod oknami strusie – jeśli to nie jest kąpiel z (nie)małą nutką ekstrawagancji, to nie wiem co nią jest. 

Afternoon with ostriches

This afternoon we spend on the dunes in front of our chalet. We walk to the other side of dunes and ostriches follow. It is truly amazing to be so close to wild animals and see them not afraid and keeping just a very small distance from you. There is also a springbok, far away we see a donkey, and of course there are various birds and some insects. The sun is ablaze and dunes are burning shade of orange. It is assaulting our eyes. It is beautiful. We go back just in time to relax a little before the sunset and dinner. 

Dzisiejsze popołudnie spędzamy na wydmach za naszym domkiem. Idziemy przez piaszczystą dolinkę na wydmy po przeciwnej stronie, a za nami idą strusie. Słońce wciąż grzeje pełną mocą, piasek ma kolor ognistej pomarańczy, aż razi w oczy. Jest pięknie. Moje wewnętrzne dziecko podskakuje radośnie widząc dzikie zwierzęta zupełnie się nami nie przejmujące, jeśli tylko nie próbujemy podejść za blisko (nie próbujemy). Jeden ze strusi drepta za nami tak skracając dystans, ze zaczynam sprawdzać, czy nie chce mnie czasem stąd wyprosić, ale nie, ewidentnie nie ma żadnych złych zamiarów. Ogląda sobie tylko dziwne stworzenia, które mu łażą po piaskownicy. Oprócz strusi widzimy także skocznika, osiołka, różne ptaki i nawet konika polnego. Wracamy do siebie akurat na czas, żeby chwilkę odpocząć przed zachodem słońca i kolacją.

Feeding Etosha and Tuano

It is time to visit Tuano and Etosha for the last time. It is time for their first meal of the day and we are allowed to feed them by ourselves. They come quickly knowing very well we have their brunch with us and they are oblivious to everything else when they eat. We can pat them on their heads and they do not even notice it. They stay with us for a while after the meal, cleaning each other in a friendly fashion, observing us lazily from the nearby bushes. And then it is time to say our farewells. I so hope they will live happily and in good health for a long, long time. 

Nadszedł czas, żeby po raz ostatni odwiedzić Etoshę i Tuano. To jest pora ich pierwszego posiłku i tym razem możemy je sami nakarmić. Gepardy pojawiają się bardzo szybko po naszym przybyciu - dobrze wiedzą, że oto nadchodzi pełna micha. Kiedy jedzą, nic innego ich nie obchodzi. Możemy miziać je po gęstym futrze na głowie, dużo grubszym i bardziej szorstkim niż się spodziewałam, nie zwracają na to kompletnie uwagi. Po skończeniu posiłku nie oddalają się natychmiast. Rozkładają się pod pobliskimi krzakami, myjąc sobie wzjemnie umazane krwią pyski i obserwując nas leniwie spod oka. Ale w końcu zaczynają się zbierać i to jest czas na nasze pożegnanie. Trzymajcie się chłopaki, mam ogromną nadzieje, że przed wami jeszcze wiele dobrych, szczęśliwych lat…

Cats, meerkats, donkeys, and a peacock...

 …or otherwise a short break before we go again to feed the cheetah. Marcin decides on a pint of beer from the swimming-pool bar and is immediately surrounded by curious meerkats. I grab the camera and go to take some pictures but local cats come to say hello and of course we make friends immediately. My soul is feline-friendly to the very core and they sense it easily. It is already super hot, the grass around the bar is being watered and meerkats sit close enough to enjoy a delicate spray but far enough to avoid all the big droplets. When the droplets come too close they shift a few inches but do not run away. It is a pleasure to watch them enjoying the mist. The magic of this place is that you do not have to look for animals – just sit down and wait, and sooner or later they will come to you. Apart from meerkats and cats, during this short break we are also visited by donkeys and a peacock. I have to smile. 

Koty, surykatki, osły i paw czyli czas na krótką przerwę zanim pojedziemy znów karmić gepardy. Marcin decyduje się na zimne piwo w barze przy basenie i prawie natychmiast otoczony jest przez wścibskie surykatki. Ja łapię aparat i idę porobić im trochę zdjęć, ale zaraz przychodzą do mnie lokalne koty, żądając należytych sobie względów – miziaj, kobieto, miziaj. Miziam z przyjemnością, rzecz jasna. Słońce jest już wysoko i praży wszystko jak skwarki na patelni, ktoś z obsługi złapał więc za szlauch, żeby podlać trawę wokół baru. Surykatki zeszły z drogi, ale tylko odrobinkę, siedzą na tyle blisko, ze dolatuje do nich drobniutka mgiełka wody. Kiedy zaczynają dolatywać trochę większe krople – przesuwają się o kilka kroków, nie więcej. Aż żałuję, że nie mam przy sobie kamery. Największy urok tego miejsca polega na tym, ze nie trzeba tu szukać zwierząt. Wystarczy usiąść i chwilę poczekać i na pewno coś prędzej czy później przyczłapie. W czasie tej krótkiej przerwy przypałętały się w nasze okolice także osiołki i paw. Jak tu się nie uśmiechać.  

King Flesh

The biggest of them all, he is the size of a lampart rather than cheetah, King Flesh is kept completely separately at the moment. His temporarily enclosure is close to where the behaviourist lives, to make many opportunities for these two to bond. This will help to manage King Flesh who is not to be released to the wild. To our surprise our guide is not going inside with us. It turns out there is a history between him and King Flesh, a history that left him a few scars, and one he is not very keen to repeat. So now we find ourselves in a company of a a mighty and not utterly used to humans’ company cheetah, with only the behaviourist keeping him under control. Rule number one - if he comes for you, do not run away. The moment you run, you are the prey and he is the predator. Not an option with big chances of success for the prey. But King Flesh tolerates us OK, most of the time. Oh I am not blind to the few occasions where he was, perhaps, considering showing us who rules this place, but the behaviourist put himself in between us, in such a subtle way as to not alarm us at all. And somehow, full of respect, I am not afraid at any point - I guess I am too much in awe to be afraid. The cat eats his meal and then starts to show his belly, purr and play with the behaviourist. Now, that takes us somewhat by surprise - he behaves like a sweet naughty kitten (albeit with very big claws). And just look at him, if he is not an apotheosis of beauty then I do not know what is.

Nadszedł czas by zawieść posiłek do kolejnego wybiegu. Największy z tutejszych gepardów, wielkością bardziej zbliżony do lamparta, King Flesh, mieszka chwilowo w zupełnie innej części farmy, blisko domu behawiorysty. Dzięki temu mogą się regularnie widywać i budować więź, która pomoże w opiekowaniu się gepardem. Przed wybiegiem nasz przewodnik się zatrzymuje i mówi, że poczeka na nas na zewnątrz. Okazuje się, że z King Flesh’em miał już bardzo bliskie spotkania, po których zostało mu kilka blizn i których nie chciałby raczej powtarzać…  I tak oto jesteśmy na wybiegu z wielkim, majestatycznym i niekoniecznie przyzwyczajonym do towarzystwa ludzi gepardem. Dobrze, ze chociaż behawiorystę lubi. Zasada numer jeden: nie uciekać, jak gepard do Ciebie podbiega. Jak tylko zaczynasz uciekać, stajesz się ofiarą a drapieżnik ofiarę jak wiadomo ściga. No i zakładając, że nie jesteś sprinterem olimpijskim, ten cię raczej doścignie. King Flesh jednak całkiem nieźle znosi nasze towarzystwo, znaczy generalnie ma nas w nosie, chociaż nie umknęły mojej uwadze te momenty, kiedy być może już wstępnie rozważał czy nam jednak nie pogonić kota, a behawiorysta z wielką gracją i jak gdyby nigdy nic (żebyśmy zawału nie dostali czy nie zapomnieli o zasadzie numer jeden) ładował się miedzy nas i zajmował jego uwagę czymś innym. Z tych innych rzeczy najlepiej sprawdziła się pełna miska. Obżarł się gepardzik i już mu się nie chciało ruszać tak bardzo. W żadnym momencie jakoś się nie bałam (nie mylić z nie czuciem respektu), ale tylko dlatego, że zafascynowana tym kotem nie zdążyłam się wystraszyć. I tu kolejna niespodzianka, bo kocur po wciągnięciu obiadu nagle bum i wywala się na grzbiet z prośbą „weź mnie pogłaszcz po brzuszku”. Patrzę, czy to nie będzie pułapka na naiwnych, ale behawiorysta go mizia, a ten mruczy i się wygina i tylko te wielkie wystawione pazury przypominają, że jednak to jest trochę większy kotek. No i już rozumiem dlaczego ten człowiek wygląda, jakby odmierzał czas nacinając sobie kreseczki na rękach zamiast używać tradycyjnego kalendarza. Bardzo delikatny gepard to wciąż gepard, który zostawia, ujmijmy to delikatnie, zadrapania. Za to jaki jest piękny. Jeśli on nie jest apoteozą piękna, to nie wiem co nią jest. 

Bonnie, Clyde, Beauty, & Quess

After a nice if somewhat adventurous breakfast -  first an eland pays us a visit, then an ostrich comes to steal Marcin’s bread - we become the cheetahs’ keepers for a day. Our first errand is to feed Bonnie, Clyde and Beauty, and we will also meet Quess, but no one enters Quess’s enclosure just yet. He is very new here and still extremely shy. He is fed in a relatively small appendix, adjacent to his big enclosure, but linked with it only via a narrow corridor. This is to make him get used to going through narrow cages and it will be useful when the need arrives  for a veterinary visit. We enter the next enclosure. Bonnie, Beauty and Clyde are called from the car but we drive fast to the other edge and they have to chase us to get their food -  healthy exercise comes first. Oh, cheetah in a full run is a truly magnificent view. They glide in the air, their powerful legs barely touching ground, and it only lasts a short time before they are all here enjoying their meal. Then we go for a long ride alongside the fence to check if it is not damaged anywhere. And we are done  here. 

Po śniadaniu z małymi przygodami – najpierw przyszedł nas odwiedzić eland (antylopa kanna), a potem struś zaiwanił Marcinowi bułkę  - jedziemy nakarmić gepardy, które nie są na tyle oswojone, żeby wpuszczać do nich turystów. Bonnie, Beauty and Clyde widzą samochód i wiedzą, że przyszło śniadanie, ale nie ma lekko, przejeżdżamy koło nich i na pełnej prędkości jedziemy na drugi koniec ogromnego wybiegu. Niewiele jest rzeczy piękniejszych niż gepard w pełnym biegu i te kilka chwil, kiedy możemy się w nie wpatrywać to chyba najlepsze momenty całego dzisiejszego dnia. Kiedy gepardy skończą swój posiłek pojedziemy jeszcze wzdłuż ogrodzenia na inspekcje całego ich wybiegu. Obok jest jeszcze jeden wybieg, gdzie mieszka Quess, ale do niego na razie nikt nie wchodzi. Quess jest jeszcze zupełnie nie przyzwyczajony do swojego nowego miejsca pobytu i dostaje swoje posiłki w mniejszej klatce, połączonej wąskim przejściem z jego wybiegiem. Wszystko to po to, by nauczył się ze wąskie przejście nie jest niczym strasznym, a to z kolei będzie pomocne kiedyś, gdy będzie potrzebna wizyta weterynarza. 

Morning with Etosha and Tuano

It is early morning and we are visiting Etosha and Tuano again. As I kicked a fuss yesterday about their diet we started to chat with the behaviourist and he asked if we want to go behind the scenes today. Sure, we do! Normally, tourists only see Etosha and Tuano, but today we will pay a visit to all cheetahs staying at Bagatelle. But now we came to say hello to these lovely boys again. Cheetahs are so similar to domestic cats, they purr, they play, they roll on their backs and they are utterly beautiful.

Jest wczesny ranek i jesteśmy właśnie z wizytą u Etoshy i Tuano. Wczoraj, po całej naszej dyskusji o bilansowaniu diety pogadaliśmy trochę dłużej z behawiorystą i zapytał nas dzisiaj, czy chcemy zobaczyć wszystkie gepardy „od kuchni”. Pytanie, rzecz jasna, retoryczne. Oczywiście, że chcemy! Normalnie tylko Etosha i Tuano przyjmują gości, ale dzisiaj pójdziemy nakarmić wszystkie gepardy pod opieką Bagatelle. Ale póki co obserwujemy nasze znajome chłopaki, które zachowują się dzisiaj jak domowe kociaki – mruczą, bawia się, przewalają się na grzbiecie i są absolutnie zachwycające. 

Sundowner

We embrace the end of the day with a glass of gin and tonic, looking how dramatically the scenery is changing as sun sets lower and lower. Time for dinner and bed. It was a good day...

Sam koniec dnia witamy ze szklaneczką ginu i toniku, obserwując jak dramatycznie zmienia się sceneria, podczas gdy słońce opuszcza się coraz niżej i niżej. Czas na obiad i sen. To był dobry dzień.

Etosha and Tuano

The guide takes us to the enclosure of two cheetahs, Etosha and Tuano. Tuano has a lot of scars from the times there used to be three cheetahs together and they often fought for food.  - And so the meaty bones and whole carcasses were removed from their diet and replaced by the chopped meat and organs - it is explained to us. - How do you suplement calcium in their diet? - I ask. - Oh, no worries, they do have some vitamin powders. - Do you mean vitamins and minerals? No answer. - Calcium citrate? Calcium carbonates? Eggshells? The guide stares at me with a very blank face and my heart starts to sink. - How do you balance phosphorus to calcium ratio then? - They do have this powder, you know, the vitamin powder... - Vitamins are irrelevant to my question, really - I say, and he can see by now I am deeply worried. - Wait, he says, I do not know, I do not make meals, the behaviourist will know, you must ask him, maybe they have this calcium in the powder. I do not know. Later on, the behaviourist will come to us to explain that, indeed, they do have calcium supplements in their diet, and follow recipe for well balanced meals.  - They even do get meaty bones to clean the teeth, just not in every meal - he says. Heavy stone is lifted from my heart. We talk for a while about their diet. 

Etosha and Tuon get their barf (for those who may not know,  barf = biologically appropriate raw food) and guests can even come close and stroke their heads when they are engrossed in eating, but that's it. The moment they finish their meal no one (apart from the behaviourist maybe) will touch them any more, and they will disappear shortly running away in their huge enclosure. No full bowl, no sense to stay around humans...

 

Przewodnik zabiera nas do wybiegu dwóch gepardów: Etoshy i Tuano. Tuano ma dużo blizn, szczególnie wokół nosa, z czasów kiedy przebywał z nimi  jeszcze jeden gepard i często walczyli miedzy sobą o jedzenie. - I dlatego z ich diety zostały wycofane mięsne kości czy całe tuszki, a zamiast tego dostają pokrojone kawałki mięsa i podrobów – wyjaśnia przewodnik. - A jak suplementujecie wapń w ich diecie? – pytam.  - Ach, wszystko jest dobrze, one dostają czasem sproszkowane witaminy. -Rozumiem, że nie tylko witaminy, ale też inne suplementy? Brak odpowiedzi. - Cytrynian wapnia? Węglan wapnia? Skorupki jajek? Przewodnik patrzy na mnie, jakbym mówiła do niego po chińsku. (Albo po polsku). To niemożliwe - myślę, ale zaczynam wpadać w panikę. -To jak bilansujecie stosunek wapnia do fosforu? – One dostają ten proszek do jedzenia, tam są wszystkie potrzebne witaminy… -Witaminy nie są odpowiedzią na moje pytanie – mówię i przewodnik już widzi, że coś jest bardzo nie tak.  - Behawiorysta na pewno wie, ja nie wiem, jego trzeba zapytać.  Za jakiś czas prowadzi do nas behawiorystę, który wyjaśnia, ze tak, wapń jest suplementowany, wszystko jest wyliczane i bilansowane, a gepardy dla higieny zębów dostają nawet mięsne kości i tuszki, tyle ze raz na jakiś czas, nie codziennie. Wielki ciężar spada mi z serca. Gadamy sobie chwilę o diecie u kotowatych. 

Etosha i Tuano dostają swój barf (dla tych, co nie wiedzą, barf to surowe posiłki z mięsa, podrobów i niezbędnych suplementów) i goście mogą podejść bliżej, a nawet głasnąć gepardzie głowy, gdy koty są całkowicie zaabsorbowanie pochłanianiem posiłku. Ale tylko wtedy. Kiedy ostatni kawałek mięsa znika w ich przełyku, dotknąć się być może pozwolą swojemu behawioryście. Zresztą za chwilę pognają w głąb swojego wybiegu i tyle ich widziano. Nie ma pełnej michy, nie ma sensu przebywać wokół ludzi. 

 

Bagatelle scenic drive (part 3 - On the way back)

We are heading back to the Bagatelle lodge to meet the cheetah before the sundowner. And we are lucky again. First we meet Southern Yellow-Billed Hornbill foraging for seeds or small insects. These birds are endemic to the dry savannahs of southern Africa. 

Zmierzamy pomału z powrotem do hotelu Bagatelle aby zobaczyć jeszcze gepardy przed zachodem słońca. Szczęście nam dopisuje i w pierwszej kolejności napotykamy toko czerwonolicego, szukającego nasion lub małych insektów.  To gatunek ptaka praktycznie endemiczny dla sawanny południowej Afryki. 

Soon after we spot Lilac Breasted Roller (I so hoped to see this bird!) perching at the top of a tree. 

Zaraz później zauważamy siedzącą na czubku drzewa kraskę liliowopierśną (hurra, bardzo chciałam zobaczyć tego ptaka). 

Then a running harem of springbok stops to take a proper look at us :-) Oh, hello there.

Potem rozpędzona grupa skoczników antylopich zatrzymuje się nagle, żeby nam się dobrze przyjrzeć. 

And finally there are steenboks! 

A na sam koniec spotykamy jeszcze antylopiki (Raphicerus)!

Bagatelle scenic drive (part 2 - giraffes bonanza)

Far, far away we find a group of beautiful giraffes. They go from one acacia tree to another paying not much attention to us at all, and so we can take as many pictures as we want. Which means a lot. 

Jesteśmy już dość daleko, kiedy napotykamy piękne stadko żyraf. Żyrafy pasą się spokojnie, idąc od jednego drzewa akacji do drugiego i nasza obecność nie wydaje się robić na nich zbyt dużego wrażenia. Wiec możemy spokojnie robić zdjęcia. Dużo zdjęć. 

Oh, and we nearly drove on the tortoise, but luckily the guide managed to stop the car before the little fellow came to any harm. Check the movie as well :-)

A, i prawie przejechaliśmy żółwia, ale na szczęście przewodnik go wypatrzył w koleinach piasku i zatrzymal w porę samochód. Zółwik po dokładnych oględzinach pomaszerował sobie dalej. Zobaczcie także filmik. 

 

A gang of meerkats

Only a bit more than one hour and we arrive at the next stop in our South Odyssey - Bagatelle Kalahari Game Ranch. Our chalet is not yet ready when we arrive so it is time for a cold drink. But as soon as we sit down in the bar area outside the main building we are surrounded by a gang of meerkats. And this of course means that I run for the camera and am lost to the world for an hour or so whilst Marcin enjoys his beer or perhaps three. 

Meerkats live in groups up to 50 individuals in underground burrows with many entrances (similarly like described before cape ground squirrels). They are extremely social animals. During the day they forage in a group with at least one sentry on guard scanning the sky and desert for predators (such as eagles, hawks and jackals) while the others search for food. Sentry duty is usually about an hour long. If sentry senses danger, they will let out a high-pitched squeal, sending the mob looking for cover. Meerkat calls may carry specific meanings, with particular calls indicating the type of predator (aerial vs terrestrial) and the urgency of the situation (high, medium or low).

Like it is common in many various species, meerkat babies learn by observing and copying adult behaviour.  But what is not that often seen in animals, meerkats engage in active instruction, playing role of teachers. Let's take foraging and hunting for insects and small animals as an example. Meerkat youngest babies do not forage for food - adults bring dead animals to feed them.  But as the pups grow older, they start following an older member of the group who acts as their teacher. Teachers start to bring live prey to them but they disable it first. For example, if it is a scorpion the teacher would bite the sting off before pups can try to eat it. Then, finally, young meerkats start to plead for a chance to hunt their own dinner and the teacher will allow them to have live prey and deal with it all by themselves under their supervision. 

 

Tylko nieco ponad godzinę zabiera nam dotarcie do następnego przystanku w naszej Południowej Odysei – Bagatelle Kalahari Game Ranch. Nasz domek na wydmach nie jest jeszcze gotowy, więc idziemy napić się czegoś zimnego do baru przy basenie. Pierwsze co widzę, to całe stadko surykatek, wiec wracam do samochodu po aparat i w zasadzie od tego momentu nie ma mnie dla świata, podczas gdy Marcin wypija sobie zimne piwko. Albo trzy. Nie wiem ile, bo byłam całkowicie pochłonięta surykatkami. 

Surykatki są zwierzętami bardzo społecznymi i zwykle żyją w grupach od kilku do kilkudziesięciu osobników - najczęściej jest to spokrewnione ze sobą potomstwo pary alfa. Mieszkają w dużych podziemnych norkach z wieloma wyjściami, podobnie jak afrowiórki namibijskie, z którymi zresztą czasami dzielą wspólne norki. W ciągu dnia surykatki idą w grupach szukać jadalnych roślin i grzybów oraz polować na insekty, skorpiony, węże i inne małe zwierzęta. Co najmniej jeden osobnik staje wówczas na czatach wypatrując zagrożeń, takich jak zbliżający się orzeł, jastrząb, czy szakal. Jego dyżur trwa mniej więcej godzinę. Jeśli wypatrzy zagrożenie, wydaje charakterystyczne wysokie dźwięki, ostrzegając rodzinę, przy czym dźwięki te są inne jeśli niebezpieczeństwo nadchodzi z góry (ptak) niż jeśli nadchodzi z ziemi (np. szakal). Ten alarm wokalny informuje także stado, jak duże jest zagrożenie.

Podobnie, jak często występuje to wśród różnych gatunków zwierząt, młode surykatki uczą się obserwując i naśladując osobniki dorosłe. Ale – co się znacznie rzadziej zdarza – dorosłe surykatki angażują się w aktywne nauczanie i przekazywanie instrukcji młodym. Dobrym przykładem może być właśnie polowanie. Surykatkowe niemowlaki nie wychodzą na powierzchnię, ich opiekunowie dostarczają im już zabite insekty i inne elementy pożywienia. Ale w miarę, jak zaczynają podrastać, zaczynają chodzić do surykatkowej szkoły życia. Tu ich nauczyciele pokazują im, jak polować i przynoszą im żywe, ale początkowo „unieszkodliwione” egzemplarze potencjalnie niebezpiecznych gatunków, na przykład skorpiony z odgryzionym już kolcem jadowym. Kiedy maluchy dobrze już sobie z nimi radzą, pod okiem opiekunów zaczynają same polować na normalne, nie uszkodzone skorpiony. 

 

I could easily sit here and observe foraging meerkats for another few hours but we need to get our things to the chalet as we intend to go for scening drive this afternoon again. When I go back to the reception area I find Marcin making friends with a tamed springbok. He was raised on a bottle here on the ranch as his mum did not make it and now he loves human's company. The restaurant area seems to be his favourite place (guess why, guess why). Special horn-pads were made for him in case he would like to familiarise himself with guests just a tad too much :-). 

 

Mogłabym tak siedzieć i obserwować surykatki godzinami, ale musimy przenieść rzeczy z samochodu do pokoju, bo zamierzamy wybrać się wkrótce na popołudniowe safari. Marcina znajduję przed recepcją, w trakcie zawierania znajomości z miejscowym, trochę oswojonym, skoczkiem antylopim. Po stracie matki, skoczek odchowany był na butelce i polubił ludzkie towarzystwo. Stawia się także nieodmiennie na każdej kolacji. Na rogach ma specjalne ochronne nakładki, w razie jakby przyszło mu do głowy spoufalić się z kimś za bardzo…

Good Bye Red Dunes Lodge...

It is time to pack our things and go on with our adventure, but we have just enough time to sip a cold drink on the veranda of our room, watching elands that came again to graze.  And then off we go again, with some lovely springboks bidding us farewell... The next stop is not so far away.

 

Jeszcze tylko czas na chłodny napój na werandzie naszego domku, obserwując elandy, które zastąpiły gnu i już musimy się pakować i ruszać dalej w drogę. Na drodze do B1 wyszły nas pożegnać skoczniki antylopie. Nasz następny przystanek  to wciąż Kalahari, tylko trochę bardziej na południe…

Squirrels, squirrels everywhere

Last afternoon we spent eating cake and watching cape ground squirrels  and now we go back again to observe these cheeky fellows.

Cape ground squirrels live mainly in arid or semiarid areas, mostly in velds and grasslands. As burrowing animals they dig and live in clusters of burrows, protecting them from extreme temperature and predators. Their underground houses are on average 700 square metres big and have many entrances.  Cape squirrels eat fruit, grasses, herbs, bulbs, insects and shrubs, but they do not tend to hoard food.

There is one thing we immediately notice and then I check with uncle Google to be sure, and yes, we are correct - for thermoregulation, ground squirrels shade their head and back with their bushy tails, using them like sun umbrellas. 

Cape ground squirrels appear to have friendly relationship with meerkats and often use the same burrows. And yes, we can see Timon, the semi-tamed meerkat living in the lodge, disappear in some of the entrances when he pleases only to reappear again through another hole. 

 

Wczorajszego popołudnia mieliśmy okazję zapoznać się z tutejszą populacją afrowiórek namibijskich (znanych także jako wiewiórki przylądkowe). Dzisiaj idziemy poobserwować je znowu. To tak ciekawe istotki, że możemy tak siedzieć i patrzeć godzinami. 

Afrowiórki zamieszkują głównie tereny suche typu sawanny i pustynie. Mieszkają w wykopanych przez siebie, dużych (zajmujących średnio 700 metrów kwadratowych) norkach, a raczej systemach norek z wieloma wejściami, które zapewniają im ochronę przed ekstremalnymi temperaturami i większością drapieżników. Żywią się owocami, trawami, ziołami, korzonkami i owadami, ale nie gromadzą zapasów żywności, jak wiewiórki europejskie.

Już wczoraj, zaraz po kilku minutach obserwacji zauważyliśmy jedną rzecz. Sprawdziłam potem z wujkiem Google, czy mamy rację. Mamy. Afrowiórki używają swoich puchatych ogonów jak parasoli słonecznych, chroniąc swoja głowę i grzbiet od palącego słońca.

Afrowiórki namibijskie żyją w przyjaznych relacjach z surykatkami. Pozwalają im korzystać ze swoich norek, a w zamian za to surykatki ostrzegają je przed zbliżającymi się niebezpieczeństwami. Kilka razy widzieliśmy więc jak Timon znika pod ziemią, żeby pojawić się później na powierzchni w innym miejscu.