Hello Bangkok, my old friend

What is delayed is not lost. This time everything has gone smoothly and after 12 hours of flight and two mediocre meals here we are in hot as the oven’s interior Bangkok. It is the early rainy season, and I hope the weather will not be too bad. Our pre-booked taxi is waiting for us and off we go to Conrad, where we will stay for the first two nights.

 

Co się odwlecze to nie uciecze. Tym razem wszystko poszło gładko i po 12 godzinach lotu i dwóch bardzo średniej jakości posiłkach jesteśmy w gorącym jak wnętrze piekarnika Bangkoku. Mamy początek pory deszczowej, ale mam nadzieję, że nie będzie nam za dużo lało. Już czeka na nas zarezerwowana taksówka i jedziemy teraz do Conrada, gdzie zatrzymamy się na pierwsze dwie noce.

False start

I was too frustrated at first, and too ill later to make an entry about it when it happened. 26th of March was to be the day to start our first “far away” travel since lockdowns malarkey started in 2020. Our last trip before the pandemic was to Bangkok, our first trip “after” the pandemic we also planned for Bangkok. It took a lot of procedures and bureaucracy-infused steps, but finally, there we were at the Heathrow airport, a bit tired, but excited and ready to go. Only I tested positive on Covid PCR. No symptoms at all, all tests at home were negative, but at the airport my PCR was positive. Twice. (First time I thought it must have been a false positive, but nope, tough luck, the second trial replicated the first result). We spent a day at the airport (rebooking flights for the evening (before we knew it was in vain), rebooking tests, waiting for the test results, and then informing hotels and Agoda and sorting things out). The good thing was, we managed to postpone all the hotels without any extra costs, the bad thing was, I was ill. I remained asymptomatic for another 24 hours or so and then I was as sick as a dog. Marcin followed. At the end of the day, this PCR was a blessing in disguise. I cannot even imagine being so ill during travel.

 

Na początku byłam zbyt sfrustrowana, a później zbyt chora, żeby zrobić wpis, kiedy sprawy miały miejsce. Zatem mała podróż w czasie teraz. 26 marca miał być dniem rozpoczęcia naszej pierwszej „dalekiej” podróży, odkąd w 2020  rozpoczęły się blokady związane z pandemią. Nasza ostatnia podróż przed pandemią była do Bangkoku, nasza pierwszą podróż „po” pandemii (wszyscy udajemy obecnie, że pandemia się skończyła) zaplanowaliśmy również do Bangkoku. Wymagało to wielu procedur i biurokratycznych kroków, żeby uzyska Thai Pass, ale w końcu byliśmy na lotnisku Heathrow, trochę zmęczeni, ale podekscytowani i gotowi do drogi. Tyle tylko, że ja ni z gruszki ni z pietruszki dostałam nagle pozytywny wynik w Covid PCR. Brak objawów, wszystkie testy w domu były negatywne, ale na lotnisku moj PCR był pozytywny. Dwa razy. (Początkowo myślałam, że to musiał być fałszywie pozytywny, ale nie, jak pech to pech, druga próba powtórzyła pierwszy wynik). Spędziliśmy zatem „uroczy” dzień na lotnisku (przebukowanie lotów na wieczór (zanim dowiedzieliśmy sie, że na próżno bo i tak nie wylecimy), przebukowanie testów, oczekiwanie na wyniki testów, a następnie poinformowanie hoteli i Agody i przebukowanie terminow). Dobra strona medalu, to że udało nam się przełożyć wszystkie hotele bez dodatkowych kosztów, zła – moja choroba. Pozostałam bezobjawowa przez kolejne 24 godziny, a potem była masakra piłą mechniczną. Marcin poszedł w moje ślady. W sumie to ten pozytywny PCR był szczęściem w nieszczęściu. Nie wyobrażam sobie nawet takiego chorowania w podróży.

Chinese Pot

Today we decided to try the Chinese Pot in Portswood and it is now added to the list of my favourite food places. Nice choice of various bits you can add to your pot, very good base soups and it was truly fun, too. I will not talk much as pictures and video will tell it better .

 

Dzisiaj postanowiliśmy wypróbować Chinese Pot w Portswood i od razu dodałam to miejsce do listy moich ulubionych restauracji. Duzy wybór warzyw, grzybów i mięs, które można dodać do garnka, bardzo dobre zupy bazowe plus fan wrzucania wszystkiego do gara. Nie będę się rozpisywać, bo zdjęcia i wideo i tak pokażą to lepiej.

The sea of bluebells

We have just realised it is a season for bluebells. And we also started to learn (by trials and errors method, obviously) how to make proper reels on Instagram. Thus, we have decided to combine two things and drive to the woods belonging to the Hinton Ampner. I am a bit tired, to be honest; this week was tough at work, and we are not yet completely recovered from COVID. But the weather is lovely, and we have never visited Hinton Ampner before. The house is closed today, but we stroll around the gardens and then take a walk to the woods, and there we encounter a proper violet sea of bluebells. It must be just the perfect time as they bloom in abundance. It took us quite a few hours to take pictures and record all the clips we wanted, but it was big fun. My feet are hurting now, and I am so exhausted I will sleep like a baby tonight. See below what we have experienced today (some of the images are just mobile phone snaps).

Właśnie zdaliśmy sobie sprawę, że to sezon na dzwonki. Zaczęliśmy też uczyć się (oczywiście metodą prób i błędów), jak robić właściwe szpule na Instagramie. Postanowiliśmy zatem połączyć te dwie rzeczy i udaliśmy się do lasów należących do Hinton Ampner. Szczerze mówiąc, jestem dzisiaj trochę zmęczona; ten tydzień był ciężki w pracy, a my nie doszliśmy jeszcze całkiem do siebie po COVIDzie. Ale pogoda jest piękna, a my nigdy wcześniej nie odwiedziliśmy Hinton Ampner, więc nie ma co gnuśnieć w domu. Sam dworek jest dziś zamknięty, ale spacerujemy po ogrodach, a potem idziemy trasa przez należące do posesji lasy i tam napotykamy prawdziwe fiolotowe morze dzwonków. Musieliśmy trafić w idealny czas, kiedy kwitną one najobficiej. Kilka godzin zajęło nam zrobienie zdjęć i nagranie wszystkich klipów, które chcieliśmy nagrać, ale zabawa była przednia. Bolą mnie teraz stopy i jestem tak wyczerpana, że będę dziś spać jak niemolak. W galerii jak zawsze podsumowanie, czego doświadczyliśmy (niektóre obrazy to tylko zdjęcia z telefonu komórkowego, więc jakość trochę ograniczona).

Thai Lounge in Alresford

After the walk, it's time for food, and we had booked a table in the nearby Thai Lounge. The restaurant is nearly empty when we arrive, and for a short time I am wondering if it is a bad sign, but later on, it fills with people, and the food is rather delicious. We are learning how to make reels for Instagram, too, even though mum used to say to not play with food. All in all, it is a very pleasant evening.

 

Po spacerze czas na obiad, a mamy zarezerwowany stolik w pobliskim Thai Lounge. Kiedy zjawiamy się w restauracji, jest ona prawie pusta i przez chwilę zastanawiam się, czy to zły znak, ale później zapełnia się ludźmi, a jedzenie jest raczej pyszne. Uczymy się też robić „rolki” na Instagram, chociaż mama mówiła, żeby nie bawić się jedzeniem. W sumie jest to bardzo przyjemny wieczór.