flight

Chasing the sun...

A nice trip somewhere warm is desperately needed.  It has been rather hectic time at work, and I also had increased insomnia problems, Marcin was unhealthily busy with his work project too, and we just really, really need to unwind. I am so, so tired this morning – It is 4 am and I have been working until 3 am. Then I quickly took a shower, checked all the cats (I will miss them so much, as always), packed the last things, took my medicines for tonsillitis (yes, this is happening, too) and now the taxi taking us to the airport is here. But I count my cats last one time before leaving and Min is missing. Not leaving without finding her of course, no matter that I know she must be home as I saw her half an hour ago. I have to see her before I lock the door. Half an hour later, with anxious driver who knocked 3 or 4 times to rush us, we are on our way to the airport. I feel exhausted and, let’s face it, I look a mess. My hair are still wet, there was no time for make-up, I carry with me a bundle of printed essays I still have to mark, my throat is stubbornly painful, but the travel begins and good mood slowly but surely starts to sip in. And we get to the airport just on time :). It is the first time we fly with Qatar airlines, and at first I think the sits are not spacious enough but they are so well designed, we are actually quite comfortable. The entertainment looks good, but I have a job to do and then I nap. And before I notice we are in Doha. 

At Doha airport we go for lunch. Pizza and beer for Marcin, chicken salad and freshly squeezed orange juice for myself. Not brilliant food but much better than the boring, uninspiring meal they served during our flight (the weakest point of Qatar airlines if you ask me). 

Miła podróż, najlepiej gdzieś, gdzie jest ciepło i słonecznie, jest mi niezbędna do przetrwania. Ostanie pół roku w pracy to był ostry kierat, bezsenność dała mi tez nieźle w kość, Marcina projekt był czystym domem wariatów i naprawdę oboje musimy nabrać oddechu. Dzisiejszego ranka mam kumulacje zmęczenia. W tym tygodniu wszystko było na akord, plus jest teraz 4 rano, a ja skończyłam pracować dokładnie godzinę temu. Miałam akurat czas na szybki prysznic, podanie kotom wczesnego śniadania, wzięcie leków na anginę (tak, to też!) i dopakowanie reszty ( i niezbędnych, i losowych) rzeczy do walizki. I już jest taksówka, która nas zabierze na lotnisko. Liczę koty po raz ostatni (nie znoszę ich zostawiać, to jedyna rzecz, której nie lubię w podróżach) i brakuje mi Min. Nie mogę wyjść z domu, dopóki nie policzę wszystkich kotów, nie ma takiej opcji. Wiem, ze Min jest w domu bo pół godziny temu jadła śniadanie, ale muszę ją zobaczyć. Pół godziny później wsiadam do taksówki, kierowca pukał tylko  3 albo 4 razy, aż nakrzyczałam na niego, ze jak nie znajdę kota to nigdzie nie jadę. Min wtedy łaskawie wyszła z ukrycia powiedzieć „dobra, matko, jedź już jak musisz, bo siejesz panikę”. No i siedzę w taksówce, w rękach pęk wydrukowanych esejów, które muszę jeszcze sprawdzić w samolocie, piasek pod powiekami, włosy wciąż mokre, brak makijażu (nie było na to czasu), gardło boli, ale zaczyna się podróż wiec pomału acz stabilnie wsącza się we mnie także dobrostan. Zamykam oczy i jesteśmy na lotnisku.  W sam raz na czas. Pierwszy raz lecimy Qatarem i początkowo myślę, że siedzenia są ciasne, ale zaraz się przekonuje, ze są tak zaprojektowane, że jest nam raczej wygodnie. Program rozrywkowy (czytaj filmy) też wygląda dobrze, ale ja mam jeszcze trochę pracy przed sobą, a potem zamykam na chwilę oczy i już jesteśmy w Doha.  

Na lotnisku w Doha idziemy na lunch. Pizza i piwo dla Marcina, sałatka z kurczaka i świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy dla mnie. Jedzenie nie jest jakieś rewelacyjne, ale i tak dużo lepsze niż nudne rozmemłane posiłki, które podali nam w samolocie (najsłabszy punkt Qatar Airlines jak o mnie chodzi).  

And then we are boarding again. A bit more than 6 hours, 1 movie, and another 2 boring in-flight meals later we can see the sunrise as we are preparing for landing. Good morning Bangkok! A new adventure begins.

I już znów jest czas boardingu. Trochę ponad sześć godzin, jeden film i dwa (znów nudne) posiłki później przez okno podziwiam piękne kolory świtu, kiedy samolot szykuje się do lądowania. Bangkok budzi się z nocnego odpoczynku a my zaczynamy kolejna przygodę. 

 

Off we fly

It is time to see Namibia again. This time we use loyalty points to splurge a little and travel in Business Class. But before we leave there is still time for lounge. Somehow our travels always make us sinners if we talk about food... 

Nadszedł czas, żeby znów odwiedzić Namibię, jeden z naszych ulubionych krajów. Tym razem punkty lojalnościowe pozwalają nam odrobinkę zaszaleć i lecimy biznesem. A że lecimy biznesem, to rzecz jasna przed wylotem czas na lounge i pasienie brzuchów... Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina...

The travel is really nice. It makes such a difference when you can just lie down and sleep comfortably enough. Plus the food is excellent. One, two, three and we are in Johannesburg.

To jest mój pierwszy lot na długi dystans w klasie biznes i już wiem, że lecąc w klasie ekonomicznej będę odtąd narzekać. Ale póki co dobry obiad, film, a potem rozkładam fotel, owijam się kocykiem, zamykam oczy i raz, dwa, trzy - już jesteśmy w Johannesburgu.

Johannesburg means another lounge as we wait for the flight to Windhoek.

Johannesburg i krótka wizyta w tutejszym lounge'u w oczekiwaniu na lot do Windhoek.

 

One more flight, one more meal (oh yes, this never ends) and we will see Windhoek again.

Jeszcze jeden krótki lot, jeszcze jeden posiłek (wakacje tuczą!) i zaraz będziemy lądować w Windhoek.