Tham Phraya Nakhon

Today’s destination is Khao Sam Roi Yot National Park.  We start from Tam Phraya Nakhon, a cave-shrine, famous because of its royal pavilion, built here in 1890 in honour of Rama V. The cave (or actually system of caves), filled with stalactites and stalagmites, has partially collapsed roofs and so we want to get there by the late morning (around 10.30 am) to be able to see the sunlight beaming down on the pavilion. But to get to the cave we have to hop out of the car at Bang Bang Pu fishing village and get the boat to Hat Laem Sala.

Naszym dzisiejszym celem podroży jest Park Narodowy Khao Sam Roi Yot. Zaczynamy od Tam Phraya Nakhon, jaskini słynącej z królewskiego pawilonu, zbudowanego tutaj w 1890 r.  na cześć Ramy V. Jaskinia ta (lub właściwie system jaskiń), wypełniona stalaktytami i stalagmitami, ma częściowo zawalone sklepienia i dlatego zależy nam, aby dotrzeć na miejsce późnym rankiem (koło 10:30), aby móc zobaczyć snopy światła wlewające się prosto na pawilon. Ale aby dostać się do jaskini, musimy najpierw wyskoczyć z samochodu w wiosce rybackiej Bang Bang Pu i załapać się na łódź do Hat Laem Sala.

From here the trail leads about 500 metres up to the cave entrance. It is steep in places and yet it wouldn’t be too much of a strain in any other weather conditions. But it is 40 degrees if not more and we are literally melting. And yet, before we start to feel even slightly miserable, we meet langurs! Yes, yes, we can see them, and they are much closer than I expected, as I had read they tend to be very shy and cautious. I will say more about langurs later on.

Stąd szlak o długości  około 500 metrów prowadzi z plaży do samej jaskini. W niektórych momentach ścieżka jest dość stroma, ale w normalnych warunkach pogodowych nie byłaby żadnym wyzwaniem. Tyle, że nie jesteśmy w normalnych warunkach pogodowych, jest już 40 stopni (jeśli nie więcej), z nieba leje się żar i za chwilę się rozpuścimy. A jednak zanim zdążymy nawet pomyśleć o narzekaniu pojawiają się langury! Tak, tak, możemy je zobaczyć i są o wiele bliżej niż się spodziewałem po tym, jak naczytałam się, że są bardzo nieśmiałe i ostrożne. O langurach będzie więcej później.

So yes, we are soaking (gross, I know), we are panting, but we are in crazily good moods when we get to the caves. It is very Indiana Jones-like here – parts of the caves where roof does not exist anymore are wreathed in lianas and covered by trees and leaves, the green impossibly bright and saturated in the sunlight streaming from above.

Mokrzuteńcy (a fujka) i zasapani, docieramy do jaskiń w rewalacyjnie dobrych nastrojach.  Widoki przywodzą tu na myśl sceny z filmu Indiana Jones – w miejscach, gdzie zawaliło się sklepienie skały porastają liany, wysokie drzewa i wielkie liście, a zieleń jest nierealnie aż nasycona i soczysta w blasku wlewającego się z góry słońca.

Then there is darkness as we enter the part of cave covered with roof, and few steps later ahead of us we can see the pavilion - small golden structure with blue roof, illuminated by the light filtering in through another cave opening. In this light it appears to be both simple and yet intricate, its curtains seemingly glowing. We spend some time here, taking pictures and wondering around, seeping the views in, before we start our track down to the beach.

 Potem przez chwilę jest ciemność, gdy wchodzimy do części jaskini pokrytej dachem, a kilka kroków później widzimy już przed sobą pawilon - niewielką złotą strukturę z niebieskim dachem, skąpana w blasku światła wsączającego się przez kolejny otwór w sklepieniu jaskini. W tym świetle pawilon wydaje się być  lekki, filigranowy, wyrzeźbiony jak delikatna koronka. Spędzamy tu trochę czasu, robiąc zdjęcia, łażąc po jaskini i chłonąc widoki, zanim zaczniemy naszą trasę z powrotem na plażę.

By the time we arrive on the beach the sun is very high on the sky and we are parched and so very thirsty. In the local bar we order cold coke and freshly squeezed lemon juice  with crushed ice. Then another lemon juice, and another. We demolish a lot of glasses before we are ready to jump on the boat again and come back to our car. Through the mud. 

  Zanim tam dotrzemy słońce jest już w zenicie, a my jesteśmy wysuszeni na wiór. W barze zamawiamy zimną colę i świeżo wyciśnięty sok z cytryny z kruszonym lodem. Potem kolejny sok z cytryny, i kolejny. Wlewamy w siebie parę litrów cytryny (smakuje bosko) zanim jesteśmy gotowi ponownie wskoczyć na łódź i wrócić do czekającego na nas samochodu. Przez błoto!

Short movie from the trip

Krótki film z naszej wyprawy

We overslept, kind of...

The morning is glorious again and we run to the beach basking in purples and pinks, where we splash warm (and I mean warm!) water and wait for the sun to rise. And then it seems too early for breakfast so we go back to sleep for an hour but we sleep longer... So I end up going for breakfast with wet hair and very unevenly smeared foundation (I had 30 second to do it). Who cares :). Breakfast is as always delicious, and we both go for morning soup - unthinkable at home, seems to be the most natural choice here. Plus how I love Aleenta’s fresh juices (there are four types: guava, pineapple, apple, and orange). I drink too many of them, I know. But try to stop me… Before we notice it is time to go, the car with our driver is already waiting for us - exciting day ahead as I hope to meet some langurs face to face for the first time ever. Let’s hope they are not too shy…

 Poranek znów jest przepiękny i zaraz po otwarciu oczu biegniemy na plażę skąpaną w purpurach i różach, gdzie czekamy na wschód słońca – stopy zamoczone w ciepłej (ciepłej!) wodzie, twarze wystawione do słonej bryzy. A potem wydaje się, że jest za wcześnie na śniadanie, więc kładziemy się jeszcze na godzinkę, ale śpimy dłużej... Kończę więc na śniadaniu z mokrymi włosami i bardzo nierówno roztartym podkładem (miałam 30 sekund na zrobienie makijażu). I kogo to obchodzi? Na szcęscie nikogo :). Śniadanie jest jak zawsze pyszne i tym razem oboje wybieramy na główne danie zupę - nie do pomyślenia w domu, tutaj wydaje się to najbardziej naturalnym wyborem. Uwielbiam też świeże soki Aleenty (są cztery rodzaje: guawa, ananas, jabłko i pomarańcza). Wlewam ich w siebie dużo za duo, ale szczęśliwi kalorii nie liczą. Raz, dwa, trzy i już czas na nas, samochód i kierowca czekają przed bramą - ekscytujący dzień przed nami ponieważ mam nadzieję spotkać się pierwszy raz twarzą w twarz z langurami. Miejmy nadzieję, że uda nam się je wypatrzeć…

Evening bliss

After a day full of sightseeing we spend what is left of the evening enjoying drinks at our plunge pool until it is time for dinner.and then it is time to sleep. Tomorrow early in the morning morning a new adventure begins.

Po dniu pełnym zwiedzania spędzamy resztę wieczoru delektując się drinkami nad naszym przydomowym basenikiem. Niektórzy nawet w baseniku JPotem już tylko czas na kolacje i spać. Jutro z samego rana zaczyna się nowa przygoda.

Baun Peun Palace

The last place we visit today in Phetchaburi is Phra Ram Ratchaniwet, known also as Baun Peun Palace - a summer palace requested by Rama V but finished after his death, in 1916. It is a lovely “baroque meets art nouveau” construction designed by a German architect, Karl Deurring. Double spiral staircase is definitely outstanding if a little bit bathroomy, with its green tiles and ceramic cherubs. The Palace itself is an impressive, very elegant two storey building with high windows from floor to ceiling, that make interior feel airy and bright. It has high mansard roof and the front façade features a large fractable. After we are done with the palace we stop in a nearby café for a few lemonades made from lemons and crushed ice (it is still around 40 degrees after all) and we call it a day. We head back to Aleenta for some evening drinks and dinner. 

Ostatnim miejscem, które dziś odwiedzamy w Phetchaburi jest Phra Ram Ratchaniwet, znany również jako Pałac Baun Peun. Jest to letni pałac, którego budowę zlecił Rama V, ale został ukończony po jego śmierci, w 1916 roku. Pałac ten jest konstrukcją secesyjną z elementami baroku, zaprojektowaną przez niemieckiego architekta Karla Deurringa. Podwójna spiralna klatka schodowa jest zdecydowanie wyjątkowa, choć wyłożona zielonymi kafelkami i ozdrobiona ceramicznymi aniołkami trochę kojarzy się z …łazienką. Sam Pałac to imponujący, bardzo elegancki dwupiętrowy budynek z wysokimi oknami (od podłogi do sufitu), które sprawiają, że wnętrze jest przestronne i jasne oraz wysokim mansardowym dachem. Po obejrzeniu pałacu kupujemy w pobliskiej kafejce lemoniadę ze świeżo wyciśniętych cytryn i pokruszonego lodu – jakby nie było wciąż jest koło 40 stopni i jako, że jest już dobrze po 16 kończymy zwiedzanie na dzisiaj. Przed nami jeszcze droga do Pranburi, ale za to w Aleencie czekaja na nas dobre drinki a później obiad. 

Short video material after clicking here/Krótki fimik po kliknięciu tutaj

Cheeky monkeys

Phetchaburi is full of monkeys. They are truly adorable, as long as they do not threaten you or steal from you. And they will if they see you carrying any food or drink or any bag (cheap plastic shopping bags especially) that could theoretically contain food or drink. It will be confiscated from you and the procedure may go down really nasty. We took no drink, no food, no plastic bags, just tripod, cameras, and camera bags. They were OK with it. We could come real close, too. We were observing them, they were observing us back, curious and making funny faces sometimes but no bad intentions were detected. And yet, we have seen them stealing from other people and they were quite vicious when it happened. If you temp them, they may be lead astray.   

 Phetchaburi jest pełne małp. Małpy są naprawdę urocze, o ile nie próbują cię okraść lub zachowywać się agresywnie. A zrobią to, jeśli tylko zobaczą, że masz ze sobą jedzenie, napój lub jakąś torbę, która teoretycznie może zawierać jedzenie lub picie (plastikowe torby na zakupy są szczególnie groźne). Jeśli wiec weźmiesz ze sobą cos do picia lub jakies przekąski, zostaną ci owe skarby skonfiskowane, a sama procedura konfiskacji może przebiegać dość paskudnie. Dlatego nie zabieraliśmy z auta  napojów, jedzenia, żadnych plastikowych toreb - nosiliśmy ze sobą jedynie statyw, aparaty i torby fotograficzne. Na szczęście małpy były tym relatywnie mało zainteresowane. Mogliśmy podejść naprawdę blisko. Obserwowaliśmy je,  a one obserwowały nas, zaciekawione i strzelające tysiąc różnych min, ale bez żadnych oznak wrogości. Natomiast widzieliśmy, jak bez pardonu okradały innych turystów, bo całkiem łatwo je zwieść na pokuszenie. 

Observing monkeys at Phra Nakhon Kiri was real fun. They are such characters. Just look at this dude, always surprised with everything, carefully pondering mysteries of life, whilst chewing on his own leg. Or this one with beautiful make-up, closing her (his???) eyes often so it does not go unnoticed.

Obserwowanie małp w Phra Nakhon Kiri było prawdziwą frajdą. To są takie cudowne charaktery. Wystarczy spojrzeć na kolesia ciężko zaskoczonego wszystkim dookoła i zadumanego nad tajemnicami życia podczas iskania własnej nogi. Albo tą panią (tego pana???) z pięknym makijażem oczu, co to patrzy spod półprzymkniętych powiek, żeby ten makijaż na pewno wszyscy zauważyli...

We could easily look at them for hours and hours. Only, if you stay for too long (and too long is really long) they start to have ideas like maybe they could make friends with you, and check this backpack of yours for some friendship tokens… 

 Och, można tak patrzeć na nie godzinami. Jedyny szkopuł to, ze jeśli pozostanie się z nimi zbyt długo (zbyt długo oznacza naprawdę długo), to zaczynają mieć pomysły, w stylu „może by się jednak zaprzyjaźnić z tymi łysymi małpami i sprawdzić te ich plecaki w poszukiwaniu tokenów przyjaźni”…

Palace Mountain

It is not so long before noon, and  the heat is really oppressive, when we arrive at Phetchaburi’s most well-known landmark, Phra Nakhon Kiri Historical Park, located on the three peaks of 95-meter high verdant hill covered with frangipani trees, and known as Khao Wang (Palace Mountain). Built under King Rama IV in the mid-19th century it contains the royal palace, museum,  temples, and chedis, all linked by cobblestone footpaths.  The buildings of the complex are constructed in a mixture of Thai, neoclassical Western and Chinese architectural styles. 

We get to the hill by the west  entrance taking a cable car that glides up and down to the summit. It is a nice, short ride, all the more pleasant that we can feel some light breeze on our faces in this midday heat. As we get out from the car some monkeys are already waiting, ready to steal any drinks or snacks tourist may carry. They do it very efficiently, too. We do not have any snacks with us, clever us, so they let us be. 

Pomału zbliża się południe i słońce praży niemiłosiernie, kiedy docieramy do najczęściej odwiedzanego miejsca w Phetchaburi, Parku Historycznego Phra Nakhon Kiri, położonego na trzech szczytach 95-metrowego wzgórza, znanego jako Khao Wang (Pałacowa Góra) i okrytego gajami pachnących drzew frangipani. Ten kompleks, zbudowany pod rządami króla Ramy IV w połowie XIX wieku, zawiera pałac królewski, muzeum, świątynie i chedi, wszystkie połączone ze sobą wybrukowanymi ścieżkami wijącymi się w góre i na dół pomiędzy szczytami wzgórza. Budynki kompleksu są zbudowane w stylach architektonicznych tajskim, neoklasycznym zachodnim i chińskim, chociaż widać także wpływy Sri Lanki.

Aby dostać się do parku używamy zachodniego wejścia, wsiadając do kolejki linowej, wjeżdżającej na szczyt wzgórza. Jest to krótka przejażdżka, tym bardziej przyjemna, że możemy poczuć przez chwilę lekki wiaterek w tym południowym skwarze. Gdy wychodzimy z wagoniku, już czekają na nas małpy, gotowe ukraść drinki lub przekąski wszystkim, którzy naiwnie zabrali je ze sobą na górę. Są przy tym bardzo zwinne i dość agresywne. Nas nie zaczepiają bo na szczęście  wykazaliśmy się rozsądkiem (sic!), napiliśmy się przed wejściem do kolejki i nie zabraliśmy ze sobą niczego oprócz sprzętu fotograficznego.

Getting through the west entrance, we start from visiting the western peak, where the palace is located. Part of it is nowadays transformed into a museum furnished with royal belongings. We take our shoes off and visit the palace, then stop for a nice break and drink a lot of sweet soda (millions of calories from sugar, yes we know) under frangipani trees, between an extravaganza of colours from potted flowers. Not far from the palace there is also Ho Chatchawan Wiangchai - an observatory tower, as Rama IV was deeply interested in astronomy. We can see the central peak from here.

Jako, że weszliśmy od strony zachodniej, zaczynamy od zwiedzania zachodniego szczytu, na którym znajduje się pałac. Część pałacu jest obecnie przekształcona w muzeum pokazujące elementy królewskiego umeblowania. Zdejmujemy więc buty i zwiedzamy pałac, a potem zatrzymujemy się na chwilę odpoczynku pod drzewami frangipani i wypijamy hektolitry słodkich napojów (oj, niezdrowo). Niedaleko pałacu znajduje się również wieża obserwacyjna Ho Chatchawan Wiangchai, ponieważ Rama IV był głęboko zainteresowany astronomią. Roztacza się stąd ładny widok na centralny szczyt wzgórza.

Rolling cobblestone paths lead from the palace through the forested hill to other  summits. We take one to get to the central peak, topped with the 40m-tall white spire of Phra That Chom Phet. We were able to get to the round chamber supporting the upper structure and cool ourselves a bit. 

Finally, we get to the eastern peak, where Kings Rama IV instructed his architects to build a royal temple, Wat Phra Kaew. It is composed of ordination hall, the chedi known as Phra Sutthasela, and a pyramidal structure in brick and stone. The small ordination hall has walls made from marble and a roof covered with green and yellow tiles. The roof decorations are studded with glass mosaic executed in the intricate workmanship. 

Every peak offers  great view on other peaks as well as Phetchamburi town. 

Brukowane ścieżki prowadzą z pałacu przez zalesione wzgórze do innych szczytów. Wybieramy jedną z nich i idziemy do centralnego szczytu zwieńczonego 40-metrową białą wieżą  Phra That Chom Phet. W okrągłej sali podtrzymującej górną konstrukcję panuje miły chłodek. Brukowane ścieżki prowadzą z pałacu przez zalesione wzgórze do innych szczytów. Wybieramy jedną z nich i idziemy do centralnego szczytu zwieńczonego 40-metrową białą wieżą  Phra That Chom Phet. W okrągłej sali podtrzymującej górną konstrukcję panuje miły chłodek.

Na koniec docieramy do wschodniego szczytu, gdzie król Rama IV polecił swoim architektom zbudować królewską świątynię Wat Phra Kaew. Składa się na nią sala święceń, chedi znana jako Phra Sutthasela i piramidalna struktura z cegły i kamienia. Mała sala święceń ma ściany z marmuru i dach pokryty zielonymi i żółtymi płytkami. Dach dekorują szklane mozaiki a okna i drzwi pokryte są misternymi płaskorzeźbami.

Każdy szczyt Khao wang oferuje wspaniały widok na dwa pozostale szczyty oraz samo miasto Phethhamburi.

We walk down back to the cable car passing a big group of monkeys, hiding in the foliage from the scorching sun. But I will make a separate entry about them. Then we take a ride down and go for some refreshments.

Schodzimy z powrotem do kolejki linowej, mijając dużą grupę małp, ukrywających się pod drzewami  przed palącym słońcem. Ale o nich będzie osobny wpis. Następnie zjeżdżamy w dół i idziemy na cos do picia i lody. 

Short video from our visit

Krótkie video z naszej wizyty

Rays of sun

Our trip today starts from visiting Khao Luang Cave at Phetchaburi, a rather dramatic cavern shrine with impressive stalactites. It is believed that the Buddhist sanctuary was built here during the early Ayudhya Period, from when a stupa with stucco decoration was found. It went the major restoration in the reign of King Rama IV, when a laterite staircase was built and many Buddha sculptures were added. Later on, the place was also visited by King Rama V. 

It is already around 40 degrees and quite muggy, when we climb the stairs leading to the cave entrance, so we welcome the relative chill of the cave with huge relief. The main chamber, with the big sitting Buddha and an abundance of smaller statues - is quite magically lighted as sunbeams filter in to the cave through the natural skylight and the rays light up a big circle on the ground. The second chamber, also full of statues, has another skylight and we can see a lot of monkeys jumping in and out the cave through the opening.

It is said that monkeys are a rather big hazard if you visit the Khao Luang Cave (less so inside, but much more on the way to the entrance) but we have no water and no food, and they stayed away from us. It is fun to watch them now, scurrying down or up the cave; agile, clever and very cheeky as they are. I am quite happy I took my big zoom lens with me. We pass a set of stone galleries and shrines and there is another staircase leading outside but no longer in use, so we slowly go back through the chambers, waving goodbye to all golden Buddhas. And then up in the scorching sun we are, and I am not sure how come it took us more than two hours to visit the cave. 

 

Nasza dzisiejsza wyprawa zaczyna się od wizyty w jaskini Khao Luang w Phetchaburi, dość dramatycznej  świątyni z naprawdę imponującymi stalaktytami. Uważa się, że buddyjskie sanktuarium zostało zbudowane w tym miejscu już we wczesnym okresie Ayudhya, z którego datuje się  znaleziona tutaj stupa ze stiukową dekoracją. Za panowania króla Ramy IV miała miejsce wielka renowacja jaskini, zbudowano też laterytowe schody i dodano wiele kolejnych wizerunków Buddy. Później miejsce to odwiedził również król Rama V, co jeszcze bardziej podniosło jego znaczenie.

Na zewnątrz temperatura jest już w okolicach 40 stopni i jest bardzo parno, więc (relatywny) chłód jaskini witamy z radością. Schody prowadza do głównej komnaty, z dużym posągiem siedzącego Buddy i mnóstwem jego mniejszych podobizn.  Promienie słoneczne wlewające się do jaskini przez dziurę w sklepieniu oświetlają ją w niemal magiczny sposób. Druga komnata, również pełna posągów, ma kolejny naturalny świetlik i widzimy wiele małp wbiegających i wybiegających ta droga ze świątyni.  

Często można przeczytać ostrzeżenia, że małpy są raczej dużym zagrożeniem w okolicach Khao Luang, zbierają się w duże gangi, bywają agresywne i kradną (mniej może w samej świątyni, a bardziej na drodze do wejścia), ale nie mamy  ze sobą wody ani jedzenia i pewnie dlatego po drodze trzymały się od nas na bezpieczny dystans, a teraz możemy spokojnie je oglądać - zwinne, szybkie i rozbrajająco bezczelne. Cieszę się, przytargałam ze sobą swój ciężki, wieki obiektyw, chociaż światło (a raczej jego brak) jest tutaj sporym wyzwaniem. Jak już się oderwałam od obserwacji małp, idziemy jeszcze bardziej w głąb  jaskini, mijając kamienne galerie i kapliczki, aż do kolejnych schodów prowadzących na zewnątrz. Te schody nie są obecnie użytkowane więc powoli wracamy do głównego wejścia machając na pożegnanie wszystkim złotym Buddom. A potem jesteśmy już znów w upalnym słońcu i nie wiem nawet, jak to się stało, że wizyta w jaskini zajęła nam ponad dwie godziny. 

And a short video from our visit.

I krótki filmik z naszej wizyty w jaskini.

First breakfast in Aleenta

Selection of fresh juices (orange, guava, apple, and pineapple – loved them all), tea or coffee of your liking, selection of fruit, selection of fresh breads and pastries (Aleenta has its own bakery) plus whatever meal you want from the breakfast menu – this is our morning feast. My first breakfast choice is omelette, Marcin’s  - chicken’s noodle soup.  By 8 o’clock we are ready for our trip to Phetchaburi. And the driver is here on time. So far, so good…

 

 Cztery rodzaje przepysznych świeżych soków (jabłko, ananas, guawa, pomarańcza), kawa lub herbata, jaką sobie każdy życzy, różnego rodzaju pieczywa, słodkie bułki i ciastka (Aleenta ma swoją własną piekarnię), owoce i dowolne danie z karty śniadaniowej – tak wygląda nasz poranny posiłek. Ja dzisiaj wybieram omleta z warzywami, Marcin – tajską zupę z kurczakiem. O ósmej zgodnie z planem jesteśmy już po śniadaniu i gotowi na wyprawę do Pretchaburi. I jest już tez nasza taksówka. Komu w drogę, temu czas.

First lights of dawn

I wake up before the sunrise, take a peek at the sky and sea, toss and turn and only then the view is registered by my brain and I hop out from the bed. It is too beautiful to sleep it over. I sit down at the plunge pool, feet dangling in the (warm!) water, and soak in the wonders around me. Marcin joins me for a while tempted by the beautiful sky. The pinks and blues shift into rich gold, the sun is rising, it is 27 degrees, there is a delicate breeze and the day is already perfect. I even take a selfie (no make-up, who cares) with the new giraffe friends on my sleeping t-shirt ;). 

 

Budzę się przed wschodem słońca, patrzę przez chwilę za okno, przewracam się na drugi bok i wtedy dociera do mnie, co zobaczyłam. I natychmiast wyłażę z łóżka, bo jest za pięknie, żeby to przespać. Siadam sobie przy basenie, nogi zanurzam w (ciepłej!) wodzie i chłonę widoki, które maluje przedświt. Marcin za chwile do mnie dołącza, zwabiony kolorami nieba. Pastelowe kolory nieba pomału zamieniają się w głębokie złoto, słońce zaczyna wschodzić, jest już 27 stopni, od morza wieje lekka bryza i dzień wydaje się od początku perfekcyjny. Nawet robię sobie selfie (jeszcze bez makijażu, rzecz jasna, i kto się tym będzie przejmował) z moimi nowymi przyjaciółkami-żyrafami na koszulce do spania ;)

Warm feet....

About 9 pm we got hungry enough to go for dinner, and then, even though it is really dark we decide to go back to our chalet alongside the sea. I come close to water and when sea is just about to lick my feet I brace myself against expected cold. But the water is incredibly (and needless to say very pleasantly) warm. We paddle happily for much longer than it takes to get to our place. It is difficult to say goodnight to the sea and go to bed, but we are tired and tomorrow is a busy day. We leave the back door open, so that we can hear the sea and see it first thing when we wake up in the morning. 

 

Koło 21 zgłodnieliśmy na tyle, żeby pójść na obiad i chociaż jest już zupełnie ciemno postanowiliśmy wrócić samym brzegiem morza. Tuż zanim morze pierwszy raz polizało mi stopy spięłam się leciutko przygotowując się na dotyk zimnej wody, a tu woda ciepła, ciepluteńka, chyba nigdy nie brodziłam w aż tak ciepłym morzu. Człapiemy wiec sobie w świetle księżyca znacznie dłużej niż to potrzebne, żeby dotrzeć do siebie, bo ciężko jest to ciepłe morze zostawić, ale jesteśmy jednak zmęczeni po podróży a jutro czeka nas dość  intensywny dzień. Zostawiamy jednak drzwi od strony plaży otwarte, żeby morze słyszeć i żeby zobaczyć pierwsze kolory na niebie, jak się obudzimy. 

 

Recharge

We got the room and there is time for a shower and a nice drink before I have to head for my SPA appointment. I have pre-booked a 120 minutes treatment called Recharge. I definitely need to recharge. It all starts with quick foot treatment, followed by organic body polish, after which I jump to a very hot aromatic herbal bath. It smells lovely and I feel tiredness seeping away through my pores. I take a few pictures too, so you will have to forgive me slightly indecent and majorly boring gallery of my-legs-in-herbal-bath pictures. I liked how the lens make them falsly appear satisfyingly long ;p. Then there is a Sense of Ayurah massage of my whole body and head and, indeed, I do emerge recharged in the waiting room to be offered some fantastic herbal tea which I sip together with my husband, who arrived about an hour ago for his massage. And fell asleep half way through. A note to myself: do not book him relaxing treatments, he  will sleep them away. Book him something where they try to pull his legs apart from his buttocks, this kind of massage may keep him awake at least. 

We go back to our chalet, sit on the terrace, listen to the sea and observe the sky becoming darker and darker… But it is not evil darkness at all.

 

Otrzymaliśmy klucze do pokoju i mamy akurat czas na prysznic i jednego drinka, zanim muszę ruszyć do SPA. Z wyprzedzeniem zabukowałam sobie na dzisiaj 120-minutowy zabieg zwany „doładowanie” i dokładnie doładowania mi dzisiaj potrzeba. Wizyta w SPA zaczyna się od krótkiego zabiegu na stopy, po którym następuje organiczny peeling całego ciała, a następnie ląduję w balii, w gorącej aromatycznej ziołowej kąpieli. Zapach jest rześki a jednocześnie uspokajający i czuję, jak zmęczenie ewakuuje się w panice z mojego ciała. Pa, pa! Robię też kilka zdjęć (miało być jedno ale moje nogi w tym obiektywie wydają się satysfakcjonująco długie, więc obawiam się, że galeria będzie pełna minimalnie nieprzyzwoitych i maksymalnie nudnych zdjęć moich-nóg-w-aromatycznej-ziołowej-kąpieli). Ostatnia, ale najdłuższa część programu to masaż „Sense of Ayurah”, po którym (czując się jak młody bóg, albo przynajmniej ktoś, kto normalnie śpi po nocach) objawiam się w poczekalni, gdzie zostaje mi wręczony kubek pysznej ziołowej herbaty. Piję ją w obecności drugiego młodego boga w postaci wymasowanego własnego męża, który radośnie oznajmia, że przespał pół swojego zabiegu. Uwaga do siebie samej: nie bukować mu żadnych relaksacyjnych zabiegów, bo je prześpi – jakiś masaż, gdzie będą próbować powyrywać nogi z pośladków nada się dużo bardziej. 

Po SPA wracamy do naszego domku, rozwalamy się na leżakach na tarasie i słuchając morza gapimy się na niebo, które staje się coraz mroczniejsze i mroczniejsze. I nie ma w tym mroku ani trochę zła. 

Butterfly pea or welcome to Aleenta...

It is still early morning in Bangkok but when we take first steps outside the airconditioned building it feels like entering an oven. Our aim is Aleenta hotel in Pranburi (near Hua Hin). It is about 4 hour long drive, so I read about Thailand, and Marcin - obviously – sleeps (we have a private transfer organised, which was a very good decision). I read and occasionally look through the windows, and then suddenly I see yellowish sand and blue water and it is immediately exciting, and a moment later we are at the destination. We check in, our welcome drinks arrive, and they are blue! Later on I will learn it is butterfly pea juice. It is healthy and it tastes good.  Note to myself: buy butterfly pea tea to enjoy at home. 

W Bangkoku wciąż jest wcześnie rano, kiedy stawiamy swoje pierwsze kroki poza klimatyzowanym budynkiem lotniska, a już gorące powietrze bucha w nas niczym po otwarciu piekarnika. Nasz cel teraz to hotel Aleenta w Pranburi, w okolicach Hua Hin. Podróż zajmuje około 4 godzin, które ja spędzam głównie na czytaniu o Tajlandii, a Marcin - rzecz jasna - na spaniu (byliśmy na tyle rozgarnięci, żeby załatwić sobie transport, wiec można się teraz zrelaksować). Czasami podnoszę wzrok znad książki, patrząc na mijane krajobrazy i w jakimś momencie widzę plażę i falujące morze i aż podskakuję na siedzeniu. 3 minuty później jesteśmy na miejscu. Na powitanie dostajemy niebieskiego drinka – później się dowiemy, że to sok z kliterii ternateńskiej (ang. butterfly pea).  

We are a bit too early in the hotel, our room is not ready yet so we leave the luggage at reception, refresh ourselves a little, and go to the restaurant for lunch. Looking at the menu we decide to abandon any  moderation in eating and drinking. I order Tom Kha Gai (coconut soup with chicken) and Thai green curry (that is Gang Khiao Wan Gai). Medium spiced. Thai understanding of medium spice is a bit different than European but fortunately I guessed it to be the case, so it is a perfect choice. My forehead sweats just a tiny bit ;) Marcin picks Tom Yum Goong (tiger prawns, hot & sour soup with basil) and grilled squid. And we eat it all. And we can barely move, but who cares. We sit looking at the sea, it is hot but there is a nice breeze from the water, and life is good. 

Dotarliśmy do hotelu trochę za wcześnie i nasz pokój nie jest jeszcze gotowy, zostawiamy wiec bambetle na recepcji i idziemy na górę do restauracji na lunch. Oglądając menu porzucamy wszelkie myśli o umiarkowaniu w jedzeniu i piciu. Ja zamawiam kokosową zupę z kurczakiem (Thom Ka Gai) i tajskie zielony curry (Gang Khiao Wan Gai), średnio ostre, zakładając, ze tajskie pojęcie średnio ostrego rożni się znacznie od europejskiego (mam racje!). Marcin wybiera ostro-kwaśną zupę krewetkową ze świeżą bazylią (Tom Yum Goong) i ośmiornicę z grilla. I wszystko to zjadamy. I co z tego, ze ledwo możemy się potem ruszyć? Siedzimy sobie patrząc na morze, wiaterek od wody sprawia, ze upał jest przyjemny i życie jest po prostu piękne. 

 

 

Chasing the sun...

A nice trip somewhere warm is desperately needed.  It has been rather hectic time at work, and I also had increased insomnia problems, Marcin was unhealthily busy with his work project too, and we just really, really need to unwind. I am so, so tired this morning – It is 4 am and I have been working until 3 am. Then I quickly took a shower, checked all the cats (I will miss them so much, as always), packed the last things, took my medicines for tonsillitis (yes, this is happening, too) and now the taxi taking us to the airport is here. But I count my cats last one time before leaving and Min is missing. Not leaving without finding her of course, no matter that I know she must be home as I saw her half an hour ago. I have to see her before I lock the door. Half an hour later, with anxious driver who knocked 3 or 4 times to rush us, we are on our way to the airport. I feel exhausted and, let’s face it, I look a mess. My hair are still wet, there was no time for make-up, I carry with me a bundle of printed essays I still have to mark, my throat is stubbornly painful, but the travel begins and good mood slowly but surely starts to sip in. And we get to the airport just on time :). It is the first time we fly with Qatar airlines, and at first I think the sits are not spacious enough but they are so well designed, we are actually quite comfortable. The entertainment looks good, but I have a job to do and then I nap. And before I notice we are in Doha. 

At Doha airport we go for lunch. Pizza and beer for Marcin, chicken salad and freshly squeezed orange juice for myself. Not brilliant food but much better than the boring, uninspiring meal they served during our flight (the weakest point of Qatar airlines if you ask me). 

Miła podróż, najlepiej gdzieś, gdzie jest ciepło i słonecznie, jest mi niezbędna do przetrwania. Ostanie pół roku w pracy to był ostry kierat, bezsenność dała mi tez nieźle w kość, Marcina projekt był czystym domem wariatów i naprawdę oboje musimy nabrać oddechu. Dzisiejszego ranka mam kumulacje zmęczenia. W tym tygodniu wszystko było na akord, plus jest teraz 4 rano, a ja skończyłam pracować dokładnie godzinę temu. Miałam akurat czas na szybki prysznic, podanie kotom wczesnego śniadania, wzięcie leków na anginę (tak, to też!) i dopakowanie reszty ( i niezbędnych, i losowych) rzeczy do walizki. I już jest taksówka, która nas zabierze na lotnisko. Liczę koty po raz ostatni (nie znoszę ich zostawiać, to jedyna rzecz, której nie lubię w podróżach) i brakuje mi Min. Nie mogę wyjść z domu, dopóki nie policzę wszystkich kotów, nie ma takiej opcji. Wiem, ze Min jest w domu bo pół godziny temu jadła śniadanie, ale muszę ją zobaczyć. Pół godziny później wsiadam do taksówki, kierowca pukał tylko  3 albo 4 razy, aż nakrzyczałam na niego, ze jak nie znajdę kota to nigdzie nie jadę. Min wtedy łaskawie wyszła z ukrycia powiedzieć „dobra, matko, jedź już jak musisz, bo siejesz panikę”. No i siedzę w taksówce, w rękach pęk wydrukowanych esejów, które muszę jeszcze sprawdzić w samolocie, piasek pod powiekami, włosy wciąż mokre, brak makijażu (nie było na to czasu), gardło boli, ale zaczyna się podróż wiec pomału acz stabilnie wsącza się we mnie także dobrostan. Zamykam oczy i jesteśmy na lotnisku.  W sam raz na czas. Pierwszy raz lecimy Qatarem i początkowo myślę, że siedzenia są ciasne, ale zaraz się przekonuje, ze są tak zaprojektowane, że jest nam raczej wygodnie. Program rozrywkowy (czytaj filmy) też wygląda dobrze, ale ja mam jeszcze trochę pracy przed sobą, a potem zamykam na chwilę oczy i już jesteśmy w Doha.  

Na lotnisku w Doha idziemy na lunch. Pizza i piwo dla Marcina, sałatka z kurczaka i świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy dla mnie. Jedzenie nie jest jakieś rewelacyjne, ale i tak dużo lepsze niż nudne rozmemłane posiłki, które podali nam w samolocie (najsłabszy punkt Qatar Airlines jak o mnie chodzi).  

And then we are boarding again. A bit more than 6 hours, 1 movie, and another 2 boring in-flight meals later we can see the sunrise as we are preparing for landing. Good morning Bangkok! A new adventure begins.

I już znów jest czas boardingu. Trochę ponad sześć godzin, jeden film i dwa (znów nudne) posiłki później przez okno podziwiam piękne kolory świtu, kiedy samolot szykuje się do lądowania. Bangkok budzi się z nocnego odpoczynku a my zaczynamy kolejna przygodę. 

 

Start your day with a good breakfast they say...

…and that is what we intend to do. A short walk from our apartment we find The Breakfast Club and that is where intend to indulge ourselves with a too-many-calorries-but-who-cares-you-are-in-Amsterdam breakfast. Amsterdam is a paradise for food lovers, it will forever remain associated in my mind with opulent breakfasts, wonderful cakes and excellent Indonesian cuisine (oh, yes, this is in our plans as well). So now in we jump, from the crispy morning air, noses just a tad red and hair tossed by winter wind, to the warmth and a joyful noisiness of a cosy breakfast cafe. Soon sandwiches, omelettes, Benedictine eggs, teas and coffees land on our table (windowsill really, as we sit facing Amsterdam street through huge windows of the cafe). Life is good.

Od mojej pierwszej wizyty w Amsterdamie już chyba zawsze kojarzyć mi się on będzie z pysznymi, chociaż za dużymi (to nie jest ich wada!) śniadaniami, znakomitym ciastem i kuchnią indonezyjską, lepszą być może nawet niż w samej Indonezji. Ten dzień postanawiamy zatem także zacząć od dobrego śniadania. Na mapie wypatrzyliśmy, ze dość niedaleko od naszego apartamentu i w stronę centrum, gdzie się docelowo wybieramy, znajduje się The Breakfast Club. Po krótkim, przyjemnym spacerze, z nosami odrobinę czerwonymi od chłodnego poranka i włosami zmierzwionymi na zimowym wietrze wskakujemy do małej oazy ciepła, gwaru i pysznych zapachów.  Znajdujemy wolny stolik, a raczej szeroki parapet, do którego przystawione są krzesła i zaczynamy przebierać w daniach o kaloryczności dostosowanej do potrzeb przechodzącego intensywny trening przyszłego komandosa, ale któż by się tym w Amsterdamie przejmował. Za chwilę na naszym parapecie lądują kanapki na gorąco, omlety, jajka benedyktyńskie, filiżanki z kawą i szklanki pełne pachnącej bergamotką herbaty. Życie jest piękne. 

Hello, Amsterdam

Just one weekend to catch a breath when things at work as crazily busy, and to meet friends, and to say hello to one of my favourite cities. Oh hello, Amsterdam.

On this occasion we stayed in Yays Zoutkeetsgracht apartments. I liked the place enough. It was created in some of the old converted warehouses that Amsterdam was famous for. The living room and dining area were spacious, the bedrooms (downstairs) were basic but comfortable. It was clean and warm, and the fact that nearly everything was in tones of white, brown, and dark sea added an extra character to the place. This plus a bit strange glass floor in the kitchen…  It was also conveniently located - 30 minutes walk would take us to the Red District area.

So here we start our short adventure, and not alone, as my dear friends, Agatka and Pawel are staying here with us. Thus, not going to write too much about the first evening - it was cosy, sprinkled with wine and jokes and too short, even though we went to bed rather late.

Zdecydowaliśmy się na wyjazdowy weekend, żeby złapać trochę oddechu od zdominowanej pracą codzienności, spotkać przyjaciół i odwiedzić jedno z naszych ulubionych miast. Oh, witaj Amsterdamie! Jak miło cię znowu zobaczyć.

Tym razem zatrzymaliśmy się w apartamentach Yays Zoutkeetsgracht i nie mam powodów do narzekań. Apartamenty powstały na miejscu dawnych magazynów, w tym wypadku były to bodajże magazyny soli. Nasz apartament był dwupoziomowy -  na górze znajdował się duży salon i kuchnia z jadalnią a na dole łazienka i proste sypialnie.  Całość raczej minimalistyczna w stylu, ale przyjemna i nie pozbawiona charakteru. Biel z akcentami brązów i ciemnego morskiego koloru dominowała we wszystkich pomieszczeniach, a w kuchni znajdował się  co nieco ekscentryczny kawałek szklanej podłogi – dobrze chyba jednak, ze to nie było lato i czas krótkich sukienek…  Było czysto i było ciepło i w ogóle  nie było źle. No i zatrzymaliśmy się tu z przyjaciółmi - Agatką i Pawłem. Zatem na temat pierwszego wieczoru rozpisywać się nie będę - siedzieliśmy sobie wygodnie rozrzuceni po różnych fotelach i sofach, gadając o wszystkim i o niczym i od czasu do czasu przepłukując gardła winem. I tylko wieczór jakiś strasznie krótki się wydawał, chociaż do lóżek poszliśmy zdecydowanie późną nocą. 

La Granja

After breakfast we went to Esporles to visit la Granja, a rural estate changed into a museum that gives a good insight into Mallorcan history, if sprinkled with a dose of kitsch (not necessarily always a bad thing as it means you can taste the local wine and shovel a bunch of still hot doughnuts (“bunyols”) with a selection of jam into your mouth).

Since 1447 La Granja has been a private house owned by various noble families but most of what we could see today dates from the 17th century. The hacienda is set in a wooded and terraced valley and has a beautiful loggia on the first floor. The highlights of the visit for us were the drawing room with its own theatre, period-furnished rooms, the medical room with a dentist chair and the dungeon with a torture chamber (it is an add-on, it was not originally a part of the estate, but it is interesting nonetheless). Multiple workshops, cellars and kitchens contain wine press, almond and olive-oil mills, and displays of various everyday objects letting visitors learn about rural Mallorcan traditions. The biggest minus - the farm animals seemed to be kept in suboptimal conditions.

We spent a good part of the day here, had our al-fresco lunch (which was not really brilliant but it did not bother us as the surroundings were so nice), had a lazy stroll around the garden and then went on to see a beautiful village of Deia. 

 

Po śniadaniu ruszamy do Esporles, gdzie naszym celem jest La Granja, typowa posiadłość ziemska, zamieniona  dzisiaj w muzeum I dająca dobry wgląd w dawne życie majorkańskiej arystokracji. Co prawda lekcja historii jest tu okraszona sporą dawką turystycznego kiczu, ale to niekoniecznie zawsze jest złą rzeczą, zwłaszcza kiedy oznacza możliwość skosztowania lokalnego wina i pochłonięcia kilku gorących jeszcze lokalnych małych pączków z dżemem (zwanych tu jako „bunuelos”).

Od 1447 r. La Granja jest prywatnym domem należącym do różnych szlacheckich rodzin, ale większość tego, co dziś można oglądać pochodzi z XVII wieku. Hacjenda znajduje się w zalesionej dolinie i ma piękną loggię na pierwszym piętrze. Główną atrakcją wizyty był dla nas salon z własnym teatrem, rożne pokoje wyposażone w meble z epoki, sala medyczna z fotelem dentystycznym i loch z komorą tortur (loch nie był pierwotnie częścią nieruchomości, został dodany jako ciekawostka turystyczna, ale i tak robi wrażenie).  W wielu warsztatach, pomieszczeniach piwnicznych i kuchni znajdują się tłocznie wina, młyny do wyciskania oleju z migdałów i oliwy z oliwek, a także rozmaite przedmioty codziennego użytku, które pozwalają zwiedzającym poznać i lepiej zrozumieć tradycje wiejskie na Majorce. Największy minus - zwierzęta hodowlane utrzymywano w warunkach wg mnie niekoniecznie optymalnych.

Po zwiedzeniu domu i ogrodów zjedliśmy późny lunch na świeżym powietrzu - jedzenie mówiąc szczerze nie było znakomite (nie licząc wspomnianych wyżej pączków) ale nie bolało to jakoś za bardzo bo dobrze nam się siedziało na słoneczku po całym tym chodzeniu. Nasz cel na dzisiejsze późne popołudnie to słynna ze swojej urody wioska Deia. Czas więc się zbierać. 

 

And here is a video glimpse into La Granja, and us devouring donuts and wine.

A tutaj jeszcze krótki materiał video pokazujący hacjendę i nas obżerających się pączkami i winem

Ensaimada anyone?

This morning we stop for breakfast in near by chocolateria. We order hot sandwiches, coffee, tea and famous ensaimadas - spiral flaky pastries very popular on the island. To be honest, I am a bit disappointed. They would be super nice if not the strong lard aftertaste. But later we will discover that it depends on where you buy them from, sometimes they are really great, sometimes this lard-ish aftertaste is much too much for me to truly enjoy them.

Dzisiaj rano idziemy na śniadanie do pobliskiej czekoladowni. Zamawiamy bagietki na gorąco, kawę, herbatę i słynne ensaimadas – spiralne, puchate drożdżówki posypane cukrem pudrem, niezwykle popularne na całej wyspie. Ten pierwszy raz, kiedy je jem jestem trochę zawiedziona. Mają tak silny posmak smalcu i to nie najlepszego smalcu, ze aż przestają mi smakować. Potem się przekonamy, że w różnych miejscach smakują inaczej – czasami posmak smalcu jest dużo bardziej subtelny i bułeczki są pyszne, a czasami jest tak (subiektywnie dla mnie) okropny, że nie jestem w stanie ich jeść. 

Sunset

For dinner and to unwind a bit after a busy day we go to Banyalbufar, one of the drowsy clifftop coastal villages. We stop at the 1661 Cuina de Banyalbufar for beef fillet (myself), seafood (Marcin) and delicious fig ice-cream. From here we have only a very short drive to Torre des Verge, a medieval watchtower, where we stay to observe the sun going down. The views out along the coast are so very beautiful and surprisingly there are very few people, so the evening is peaceful and lovely and then it is time to go back to Palma for the night. 

 

Żeby zjeść obiad i zrelaksować się po pełnym zwiedzania dniu jedziemy do jednego z małych miasteczek przycupniętych na przybrzeżnych klifach – Banyalbufar.  Wybieramy 1661 Cuina de Banyalbufar na nasze miejsce posiłku, kierując się tym razem wyłącznie własną intuicją i ona nas nie zawodzi. Owoce morza (Marcin) i fileta z wołowiny (ja) poprawiamy przepysznymi lodami figowymi. Stąd mamy już tylko króciutki odcinek drogi do Torre des Verge, średniowiecznej wieży obserwacyjnej trochę dramatycznie uczepionej klifu. Z parkingu (jak i z samej wieży) roztaczają się piękne widoki, a że na szczęście ludzi jest bardzo niewiele, zostajemy obejrzeć zachód słońca. A potem już tylko pozostaje wrócić do Palmy na noc. 

Valdemossa

After nice breakfast in the nearby café, off we go to famous Valdemossa.  We find a place to park (not an easy affair) and luckily from there we have only few steps to the monastery gardens.

 The origins of the town date back to the fourteenth century, when King Sancho built his royal palace here in the hills to cope better with his asthma. In 1399 the palace was gifted to the Carthusian monks who converted and extended it into monastery – Valdemossa’s Real Cartuja de Jesus de Nazaret. What is visible today is mostly version from XVII and XVIII centuries. 

Monastery in Valdemossa became even more popular since George Sand and Frederic Chopin stayed here for 4 months in 1838/39, three years after the last monks were evicted during suppression of the monasteries.

Po sympatycznym śniadaniu w pobliskiej kafejce (śniadanie w naszym hotelu kosztuje tyle, że muszą serwować marcepany polane truflami podane na złotej zastawie wiec poszliśmy zjeść gdzie indziej), jedziemy zobaczyć słynną Valdemossę. Trochę nam schodzi na znalezieniu miejsca do zaparkowania, ale za to okazuje się, ze wylądowaliśmy zaledwie krótki spacerek od ogrodów klasztoru. 

Początki Valdemossy datuje się na czternasty wiek, kiedy to wybudowano tutaj pałac królewski, wierząc ze górski klimat będzie sprzyjał chorującemu na astmę królowi Sancho. W 1399 pałac podarowany został mnichom kartuskim, którzy rozbudowali go i przekształcili w klasztor, znany jako Królewska Kartuzja pod wezwaniem Jezusa z Nazaretu. Klasztor był wielokrotnie przebudowywany i dzisiejszy jego wygląd to głównie wersja z XVII/XVIII wieku.

Valdemossa swoją popularność wśród turystów zawdzięcza także Fryderykowi Chopinowi i George Sand, którzy mieszkali tu przez 4 miesiące w latach 1838/39, trzy lata po tym, jak ostatni mnisi zostali wysiedleni.

We start the visit from a cup of coffee/tea in the café just in front of the entrance and then we enter the church with beautiful Baroque ceiling paintings and barrel vaulting. From here, through huge wooden door, we enter the shadowy cloisters, where white-arched corridors with big splashes of lights from patio windows create really magical atmosphere. We enter into the pharmacy with its shelves crammed with beautifully decorated majolica jars, antique glass and wooden boxes. 

Odwiedziny klasztoru zaczynamy od… kawy i herbaty w małej kafejce przy wejściu. Jak to my. Potem wchodzimy do kościoła z pięknymi barokowymi freskami na suficie o kolebkowym sklepieniu. Przez wielkie drewniane drzwi przechodzimy do zacienionych krużganków, gdzie białe łuki korytarzy z akcentami światła wpadającego przez wychodzące na dziedziniec okna tworzą naprawdę magiczną atmosferę. Stamtąd wchodzimy do apteki, w której półki i szafki aż uginają się pod ciężarem pięknie dekorowanych pojemników z majoliki, starego szkła malowanego drewna. 

The prior’s cell in the opposite corridor consists of few big rooms – a chapel, a library, an audience chamber, a dining room and a bedroom and has an entrance to a private garden with magnificent view down the valley.

In contrast to this luxury, the life style of the monks  was rather harsh. They would gather together only for church services and Sunday meals, spending the rest of their life in solitude. It is also said that three days a week they only ate bread and water, and they never ate meat. And yet, they were famous from their longevity. 

In cell no. 4 there is a Chopin’s museum, where the most important exhibit is his piano that arrived here just 3 weeks before his departure to Paris (it was lost at first, then huge duty had to be paid after it was found, similarly big duty would have to be aid if Chopin were to take it back. So the piano stayed).  One of the next cells hosts the Museo Municipal as well as small collection of modern art.

 

Cela przeora, do której wchodzimy z korytarza po przeciwnej stronie krużganków, składa się z kilku dużych pomieszczeń – kaplicy, biblioteki, sali audiencyjnej, jadalni, sypialni i ma wejście do prywatnego ogrodu ze wspaniałymi widokami na dolinę poniżej. Pomimo takich luksusów reguła kartuskich mnichów była bardzo wymagająca. Mnisi spędzali większość czasu w odosobnieniu gromadząc się jedynie na niektóre ceremonie kościelne oraz niedzielne posiłki. Ich dieta była wegetariańska a przez 3 dni w tygodniu mieli jeść tylko chleb i wodę. Tutejsi mnisi byli za to słynni ze swojej długowieczności.

Cela numer 4 mieści w sobie muzeum Chopina, w którym zobaczyć można pamiątki po pobycie słynnego kompozytorze i George Sand,  w tym ich rękopisy, listy, portrety. Najważniejszym eksponatem jest fortepian, który Chopin zamówił jeszcze w Paryżu, a który zaginął po drodze na Majorkę, a gdy wreszcie dotarł do miejsca przeznaczenia, okazało się że należało za niego zapłacić ogromne cło. Fortepian dotarł do klasztoru zaledwie trzy tygodnie przed zaplanowaną przez Chopina i Sand podróżą powrotną do Paryza i już tam pozostał.

W kolejnych celach mieści się lokalne muzeum i mała galeria sztuki współczesnej. 

Only after leaving the monastery we realise how long it took us to wander around it and it is already time for a late lunch. So we stay in the restaurant situated between the monastery and Palace of king Sancho. Marcin is having fish, myself spaghetti Napoli.  The food is nice and the lingering in the sun is a bliss.

Dopiero po wyjściu z klasztoru orientujemy się, jak długo byliśmy w środku. Zdecydowanie jest już czas na lunch, wybieramy wiec restaurację położoną bardzo blisko klasztoru i pałacu króla Sancho. Marcin wybiera rybę, ja spaghetti po neapolitańsku. Jedzenie jest dobre a pogoda idealna do siedzenia na zewnątrz. 

With bellies pleasantly full we can go on with sightseeing. Now it is time for the Palace. Even though it is not the original medieval version, it is the oldest part of the monastery, mostly dating back to the XVI century. We go through a series of period rooms and the beautiful courtyard. The most impressive are the red and yellow drawing rooms with rich tapestry on the walls - good examples of the typical sitting rooms of Majorca’s aristocracy houses. The yellow room is the family pictures gallery. The furniture in the red drawing room is mostly from Baroque era. 

 

Zaspokoiwszy głód, idziemy do pałacu. Mimo, ze nie zachowała się jego średniowieczna wersja, jest to wciąż najstarsza część klasztoru, sięgająca  XVI wieku. Oglądamy piękny dziedziniec i serię historycznych pomieszczeń. Największe wrażenie robią czerwony i żółty  salon z bogatymi obiciami ścian i barokowymi meblami – dobre przykłady pomieszczeń z domów majorkańskiej arystokracji.  

After visiting the Monastery and the Kings Sancho Palace we walk down the cobbled streets sprinkled with stout stone houses, shops, cafes, restaurants, and big pots of flowers, hunting the colourful tiles depicting a local saint – Santa Cathalina Thomas. And there are plenty of them. The local people seem to be a little obsessed with their own saint judging by the number of tiles we can spot. 

Down the Carrer de Jovellanos we get to Miranda de Lledoners, a viepoint on the charmful Valdemossa’s rooftops in ochre colours, descending down to the valley and the church of St Bartomeu. 

And here we say goodbye to Valdemossa, at least for today. 

 

Po obejrzeniu klasztoru i pałacu idziemy  w dół krętymi uliczkami z niewysoką kamienną zabudową, mijając małe placyki pełne kawiarnianych stolików i poustawiane wszędzie donice z kwiatami.Na frontonach wielu domów znajdują się kolorowe ceramiczne tabliczki przedstawiające sceny z życia wywodzącej się stąd świętej Katarzyny z Palmy. Staramy się znaleźć jak najwięcej takich tabliczek, co okazuje się nie być wcale trudne. Miejscowi ewidentnie nie wstydzą się swojej świętej, a może nawet mają na jej tle małą obsesje, sądząc po ilości zdjęć, jakie udaje nam się zrobić. 

Idąc wzdłuż Carrer de Jovellanos dochodzimy do punktu widokowego Miranda Lledoners, skąd możemy podziwiać schodzące w dół w stronę doliny i kościoła św. Bartlomieja ochrowe dachy kamiennych domów. I to jest nasze pożegnanie z Valdemossą, przynajmniej na ten dzień.

And here is a short movie from our visit.

A tutaj krotki film z naszej wizyty

La Bruselas steakhouse

Not too far from the Cathedral there is a steakhouse, La Bruselas, that specialises in prime cuts of free-range beef. So there we go… We order grilled octopus for a starter, beef fillets and side salads and everything is really tasty, steaks grilled to perfection. When we are ready to pay, the staff looks at us, frowns, and says it is too early to finish the night and brings two ice-frosted bottles of home-made infusions, one is a kind of limoncello, the other one is made from star anise. They are on the house, of course. Now that is a lovely touch, don’t you think? So two hours later, after we managed to make a serious dent in the liquors we go back to the hotel, take the quickest shower of them all and fall asleep like innocent babes. Good night Mallorca. 

 

Kilka minut spacerkiem od katedry wypatrzyliśmy restaurację La Bruselas, specjalizującą się w stekach z krów z wolnego wybiegu. Zamawiamy więc grilowaną ośmiornicę, wołowe filety, sałatki i muszę przyznać, że wszystko jest swieże, pyszne i perfekcyjnie przyrządzone. Kiedy już jesteśmy gotowi zaplacić obsługa patrzy na zegarek i marszcząc czoło kiwa głową na nie. Noc jest za wczesna, żeby iść do domu a krótka kolacja to nieudana kolacja. Na naszym stoliku pojawiają się więc dwie pokryte szronem butelki domowej nalewki – jedna to rodzaj limoncello, a druga jest zrobiona z anyżku. Oczywiście na koszt restauracji. No, nie powiemy przecież nie. Dwie godziny póżniej, po osuszeniu zauważalnej ilości napojów, człapiemy do hotelu, bierzemy najszybszy prysznic świata i zapadamy w sen sprawiedliwych. Dobranoc Majorko.