Sundowner

We embrace the end of the day with a glass of gin and tonic, looking how dramatically the scenery is changing as sun sets lower and lower. Time for dinner and bed. It was a good day...

Sam koniec dnia witamy ze szklaneczką ginu i toniku, obserwując jak dramatycznie zmienia się sceneria, podczas gdy słońce opuszcza się coraz niżej i niżej. Czas na obiad i sen. To był dobry dzień.

Etosha and Tuano

The guide takes us to the enclosure of two cheetahs, Etosha and Tuano. Tuano has a lot of scars from the times there used to be three cheetahs together and they often fought for food.  - And so the meaty bones and whole carcasses were removed from their diet and replaced by the chopped meat and organs - it is explained to us. - How do you suplement calcium in their diet? - I ask. - Oh, no worries, they do have some vitamin powders. - Do you mean vitamins and minerals? No answer. - Calcium citrate? Calcium carbonates? Eggshells? The guide stares at me with a very blank face and my heart starts to sink. - How do you balance phosphorus to calcium ratio then? - They do have this powder, you know, the vitamin powder... - Vitamins are irrelevant to my question, really - I say, and he can see by now I am deeply worried. - Wait, he says, I do not know, I do not make meals, the behaviourist will know, you must ask him, maybe they have this calcium in the powder. I do not know. Later on, the behaviourist will come to us to explain that, indeed, they do have calcium supplements in their diet, and follow recipe for well balanced meals.  - They even do get meaty bones to clean the teeth, just not in every meal - he says. Heavy stone is lifted from my heart. We talk for a while about their diet. 

Etosha and Tuon get their barf (for those who may not know,  barf = biologically appropriate raw food) and guests can even come close and stroke their heads when they are engrossed in eating, but that's it. The moment they finish their meal no one (apart from the behaviourist maybe) will touch them any more, and they will disappear shortly running away in their huge enclosure. No full bowl, no sense to stay around humans...

 

Przewodnik zabiera nas do wybiegu dwóch gepardów: Etoshy i Tuano. Tuano ma dużo blizn, szczególnie wokół nosa, z czasów kiedy przebywał z nimi  jeszcze jeden gepard i często walczyli miedzy sobą o jedzenie. - I dlatego z ich diety zostały wycofane mięsne kości czy całe tuszki, a zamiast tego dostają pokrojone kawałki mięsa i podrobów – wyjaśnia przewodnik. - A jak suplementujecie wapń w ich diecie? – pytam.  - Ach, wszystko jest dobrze, one dostają czasem sproszkowane witaminy. -Rozumiem, że nie tylko witaminy, ale też inne suplementy? Brak odpowiedzi. - Cytrynian wapnia? Węglan wapnia? Skorupki jajek? Przewodnik patrzy na mnie, jakbym mówiła do niego po chińsku. (Albo po polsku). To niemożliwe - myślę, ale zaczynam wpadać w panikę. -To jak bilansujecie stosunek wapnia do fosforu? – One dostają ten proszek do jedzenia, tam są wszystkie potrzebne witaminy… -Witaminy nie są odpowiedzią na moje pytanie – mówię i przewodnik już widzi, że coś jest bardzo nie tak.  - Behawiorysta na pewno wie, ja nie wiem, jego trzeba zapytać.  Za jakiś czas prowadzi do nas behawiorystę, który wyjaśnia, ze tak, wapń jest suplementowany, wszystko jest wyliczane i bilansowane, a gepardy dla higieny zębów dostają nawet mięsne kości i tuszki, tyle ze raz na jakiś czas, nie codziennie. Wielki ciężar spada mi z serca. Gadamy sobie chwilę o diecie u kotowatych. 

Etosha i Tuano dostają swój barf (dla tych, co nie wiedzą, barf to surowe posiłki z mięsa, podrobów i niezbędnych suplementów) i goście mogą podejść bliżej, a nawet głasnąć gepardzie głowy, gdy koty są całkowicie zaabsorbowanie pochłanianiem posiłku. Ale tylko wtedy. Kiedy ostatni kawałek mięsa znika w ich przełyku, dotknąć się być może pozwolą swojemu behawioryście. Zresztą za chwilę pognają w głąb swojego wybiegu i tyle ich widziano. Nie ma pełnej michy, nie ma sensu przebywać wokół ludzi. 

 

Bagatelle scenic drive (part 3 - On the way back)

We are heading back to the Bagatelle lodge to meet the cheetah before the sundowner. And we are lucky again. First we meet Southern Yellow-Billed Hornbill foraging for seeds or small insects. These birds are endemic to the dry savannahs of southern Africa. 

Zmierzamy pomału z powrotem do hotelu Bagatelle aby zobaczyć jeszcze gepardy przed zachodem słońca. Szczęście nam dopisuje i w pierwszej kolejności napotykamy toko czerwonolicego, szukającego nasion lub małych insektów.  To gatunek ptaka praktycznie endemiczny dla sawanny południowej Afryki. 

Soon after we spot Lilac Breasted Roller (I so hoped to see this bird!) perching at the top of a tree. 

Zaraz później zauważamy siedzącą na czubku drzewa kraskę liliowopierśną (hurra, bardzo chciałam zobaczyć tego ptaka). 

Then a running harem of springbok stops to take a proper look at us :-) Oh, hello there.

Potem rozpędzona grupa skoczników antylopich zatrzymuje się nagle, żeby nam się dobrze przyjrzeć. 

And finally there are steenboks! 

A na sam koniec spotykamy jeszcze antylopiki (Raphicerus)!

Bagatelle scenic drive (part 2 - giraffes bonanza)

Far, far away we find a group of beautiful giraffes. They go from one acacia tree to another paying not much attention to us at all, and so we can take as many pictures as we want. Which means a lot. 

Jesteśmy już dość daleko, kiedy napotykamy piękne stadko żyraf. Żyrafy pasą się spokojnie, idąc od jednego drzewa akacji do drugiego i nasza obecność nie wydaje się robić na nich zbyt dużego wrażenia. Wiec możemy spokojnie robić zdjęcia. Dużo zdjęć. 

Oh, and we nearly drove on the tortoise, but luckily the guide managed to stop the car before the little fellow came to any harm. Check the movie as well :-)

A, i prawie przejechaliśmy żółwia, ale na szczęście przewodnik go wypatrzył w koleinach piasku i zatrzymal w porę samochód. Zółwik po dokładnych oględzinach pomaszerował sobie dalej. Zobaczcie także filmik. 

 

Bagatelle scenic drive (part 1 - psychodelic orange and wildebeest)

Off we go for a rather long and breath-taking scenic drive.  A couple of hours of driving through rolling dunes and changing landscapes and we start to understand why not-such-a-small lodge decided to call itself "bagatelle" (trifle). In comparison with the vastness and wilderness of Kalahari it seems to be small and of little consequence indeed. 

In the afternoon light  the dunes are so fiercely orange, and acacia trees so lush and green, that it seems unreal. But beautifully so.

 

Po południu ruszamy na dość długą i naprawdę fascynującą przejażdżkę po Kalahari. Tak mniej więcej po godzinie, może półtorej, zaczyna do nas docierać dlaczego nie mały przecież lodge nosi nazwę „Bagatelle”. W porównaniu ze skalą Kalahari, jego obszar to rzeczywiście bagatelna sprawa. 

Krajobrazy są przepiękne. Są tak piękne, że można się tak gapić i gapić i paść własną duszę aż do wypęku. W  popołudniowym słońcu pomarańcz jest tak intensywny a zieleń akacji tak soczysta, że aż wydaje się to trochę nierealne. 

Every so often we encounter groups of various animals: oryx, springboks, ostriches, gnu and obviously social weavers.

When there is life, there is death, and thus occasionally we alse see a dead animal or (more often) a skeleton. 

 

Co chwila napotykamy większe lub mniejsze grupy zwierząt: oryksy, skoczki antylopie, strusie, kudu i oczywiście gniazda tkaczy.

Tam, gdzie jest życie, nieodmiennie pojawia się także śmierć, wiec zdarza nam się też zauważyć martwe zwierzę lub sam jego szkielet. 

On quite a few occasions we encounter wildebeest (gnu) and we can see both species: the black wildebeest (white-tailed gnu) and the blue wildebeest (brindled gnu). 

You can distinguish black from blue wildebeest by the colour of their coats, as long as you can part with logic for a while: blue wildebeest is dark grey (ok, with a blueish sheen to the coat), it has stripes and black tail. Black wildebeest is brown with a cream colour tail – obviously. 

You can also distinguish them by the orientation and curvature of their horns. Horns of the blue go out to the side, then curve down before curving back up. The blacks’ horns protrude forward then curve downward before curving back up.

The blue wildebeest is somewhat bigger of the two species. 

 

Kilka razy napotykamy na grupki gnu – obydwa ich gatunki: brunatne i pręgowane. Gnu brunatne jest ciemnobrunatne z kremowym chwostem ogona. Gnu pręgowane jest szare z pionowymi pręgami oraz ciemnym ogonem. (Po angielsku jest dużo zabawniej: gnu szare z pręgami nazywa się niebieskie, natomiast gnu w kolorze brunatnym i z jasnym ogonem nazywa się czarne -  nie pytajcie mnie, co pili ci, którzy nadawali im nazwy). 

Te dwa gatunki gnu różnią się także kształtem rogów – rogi gnu pręgowanego wyrastają do boku i zakrzywiają się najpierw w dół, a następnie w górę. Rogi gnu brunatnego wyrastają bardziej do przodu, chociaż tez zakrzywiają się najpierw do dołu a następnie do góry. 

Gnu pręgowane jest większe niż brunatne. 

Seven ostriches, more...

One ostrich, two ostriches, three ostriches, four.
Five ostriches, six ostriches, seven ostriches, more.

And also donkeys. 

That is what we see from a balcony today :-)

 

Ene, due, usia

Gonił osioł strusia

A struś nie uciekał

Tylko na nas czekał…

I takie rzeczy dzisiaj widzimy z balkonu....

 

Dune chalet

We get to the chalet at least and I love, love, love the view from the balcony. There is a water hole, too, and ostriches and donkeys often come here to drink.

 W końcu docieramy to naszej chatki i widok z jej tarasu jest po prostu bajkowy. I nawet jest źródło wody, z którego często korzystają mieszkające tu strusie i osły. 

Four chalets (including ours), constructed from wood and on built stilts,  are set on the top of dune, with unsurpassed view on the enormous sea of orange sand freckled by green acacia trees and some shrubs. It really is tottally breath-taking. 

Cztery chatki, w tym nasza,  wybudowane są na szczycie wydm i rozciąga się z nich niczym nie zakłócony widok na wielkie pomarańczowe morze piasku upstrzone jedynie zielonymi piegami akacji i innych małych krzewów. Kolory są tak intensywne, że wydają się prawie nierealne. 

A gang of meerkats

Only a bit more than one hour and we arrive at the next stop in our South Odyssey - Bagatelle Kalahari Game Ranch. Our chalet is not yet ready when we arrive so it is time for a cold drink. But as soon as we sit down in the bar area outside the main building we are surrounded by a gang of meerkats. And this of course means that I run for the camera and am lost to the world for an hour or so whilst Marcin enjoys his beer or perhaps three. 

Meerkats live in groups up to 50 individuals in underground burrows with many entrances (similarly like described before cape ground squirrels). They are extremely social animals. During the day they forage in a group with at least one sentry on guard scanning the sky and desert for predators (such as eagles, hawks and jackals) while the others search for food. Sentry duty is usually about an hour long. If sentry senses danger, they will let out a high-pitched squeal, sending the mob looking for cover. Meerkat calls may carry specific meanings, with particular calls indicating the type of predator (aerial vs terrestrial) and the urgency of the situation (high, medium or low).

Like it is common in many various species, meerkat babies learn by observing and copying adult behaviour.  But what is not that often seen in animals, meerkats engage in active instruction, playing role of teachers. Let's take foraging and hunting for insects and small animals as an example. Meerkat youngest babies do not forage for food - adults bring dead animals to feed them.  But as the pups grow older, they start following an older member of the group who acts as their teacher. Teachers start to bring live prey to them but they disable it first. For example, if it is a scorpion the teacher would bite the sting off before pups can try to eat it. Then, finally, young meerkats start to plead for a chance to hunt their own dinner and the teacher will allow them to have live prey and deal with it all by themselves under their supervision. 

 

Tylko nieco ponad godzinę zabiera nam dotarcie do następnego przystanku w naszej Południowej Odysei – Bagatelle Kalahari Game Ranch. Nasz domek na wydmach nie jest jeszcze gotowy, więc idziemy napić się czegoś zimnego do baru przy basenie. Pierwsze co widzę, to całe stadko surykatek, wiec wracam do samochodu po aparat i w zasadzie od tego momentu nie ma mnie dla świata, podczas gdy Marcin wypija sobie zimne piwko. Albo trzy. Nie wiem ile, bo byłam całkowicie pochłonięta surykatkami. 

Surykatki są zwierzętami bardzo społecznymi i zwykle żyją w grupach od kilku do kilkudziesięciu osobników - najczęściej jest to spokrewnione ze sobą potomstwo pary alfa. Mieszkają w dużych podziemnych norkach z wieloma wyjściami, podobnie jak afrowiórki namibijskie, z którymi zresztą czasami dzielą wspólne norki. W ciągu dnia surykatki idą w grupach szukać jadalnych roślin i grzybów oraz polować na insekty, skorpiony, węże i inne małe zwierzęta. Co najmniej jeden osobnik staje wówczas na czatach wypatrując zagrożeń, takich jak zbliżający się orzeł, jastrząb, czy szakal. Jego dyżur trwa mniej więcej godzinę. Jeśli wypatrzy zagrożenie, wydaje charakterystyczne wysokie dźwięki, ostrzegając rodzinę, przy czym dźwięki te są inne jeśli niebezpieczeństwo nadchodzi z góry (ptak) niż jeśli nadchodzi z ziemi (np. szakal). Ten alarm wokalny informuje także stado, jak duże jest zagrożenie.

Podobnie, jak często występuje to wśród różnych gatunków zwierząt, młode surykatki uczą się obserwując i naśladując osobniki dorosłe. Ale – co się znacznie rzadziej zdarza – dorosłe surykatki angażują się w aktywne nauczanie i przekazywanie instrukcji młodym. Dobrym przykładem może być właśnie polowanie. Surykatkowe niemowlaki nie wychodzą na powierzchnię, ich opiekunowie dostarczają im już zabite insekty i inne elementy pożywienia. Ale w miarę, jak zaczynają podrastać, zaczynają chodzić do surykatkowej szkoły życia. Tu ich nauczyciele pokazują im, jak polować i przynoszą im żywe, ale początkowo „unieszkodliwione” egzemplarze potencjalnie niebezpiecznych gatunków, na przykład skorpiony z odgryzionym już kolcem jadowym. Kiedy maluchy dobrze już sobie z nimi radzą, pod okiem opiekunów zaczynają same polować na normalne, nie uszkodzone skorpiony. 

 

I could easily sit here and observe foraging meerkats for another few hours but we need to get our things to the chalet as we intend to go for scening drive this afternoon again. When I go back to the reception area I find Marcin making friends with a tamed springbok. He was raised on a bottle here on the ranch as his mum did not make it and now he loves human's company. The restaurant area seems to be his favourite place (guess why, guess why). Special horn-pads were made for him in case he would like to familiarise himself with guests just a tad too much :-). 

 

Mogłabym tak siedzieć i obserwować surykatki godzinami, ale musimy przenieść rzeczy z samochodu do pokoju, bo zamierzamy wybrać się wkrótce na popołudniowe safari. Marcina znajduję przed recepcją, w trakcie zawierania znajomości z miejscowym, trochę oswojonym, skoczkiem antylopim. Po stracie matki, skoczek odchowany był na butelce i polubił ludzkie towarzystwo. Stawia się także nieodmiennie na każdej kolacji. Na rogach ma specjalne ochronne nakładki, w razie jakby przyszło mu do głowy spoufalić się z kimś za bardzo…

Good Bye Red Dunes Lodge...

It is time to pack our things and go on with our adventure, but we have just enough time to sip a cold drink on the veranda of our room, watching elands that came again to graze.  And then off we go again, with some lovely springboks bidding us farewell... The next stop is not so far away.

 

Jeszcze tylko czas na chłodny napój na werandzie naszego domku, obserwując elandy, które zastąpiły gnu i już musimy się pakować i ruszać dalej w drogę. Na drodze do B1 wyszły nas pożegnać skoczniki antylopie. Nasz następny przystanek  to wciąż Kalahari, tylko trochę bardziej na południe…

Squirrels, squirrels everywhere

Last afternoon we spent eating cake and watching cape ground squirrels  and now we go back again to observe these cheeky fellows.

Cape ground squirrels live mainly in arid or semiarid areas, mostly in velds and grasslands. As burrowing animals they dig and live in clusters of burrows, protecting them from extreme temperature and predators. Their underground houses are on average 700 square metres big and have many entrances.  Cape squirrels eat fruit, grasses, herbs, bulbs, insects and shrubs, but they do not tend to hoard food.

There is one thing we immediately notice and then I check with uncle Google to be sure, and yes, we are correct - for thermoregulation, ground squirrels shade their head and back with their bushy tails, using them like sun umbrellas. 

Cape ground squirrels appear to have friendly relationship with meerkats and often use the same burrows. And yes, we can see Timon, the semi-tamed meerkat living in the lodge, disappear in some of the entrances when he pleases only to reappear again through another hole. 

 

Wczorajszego popołudnia mieliśmy okazję zapoznać się z tutejszą populacją afrowiórek namibijskich (znanych także jako wiewiórki przylądkowe). Dzisiaj idziemy poobserwować je znowu. To tak ciekawe istotki, że możemy tak siedzieć i patrzeć godzinami. 

Afrowiórki zamieszkują głównie tereny suche typu sawanny i pustynie. Mieszkają w wykopanych przez siebie, dużych (zajmujących średnio 700 metrów kwadratowych) norkach, a raczej systemach norek z wieloma wejściami, które zapewniają im ochronę przed ekstremalnymi temperaturami i większością drapieżników. Żywią się owocami, trawami, ziołami, korzonkami i owadami, ale nie gromadzą zapasów żywności, jak wiewiórki europejskie.

Już wczoraj, zaraz po kilku minutach obserwacji zauważyliśmy jedną rzecz. Sprawdziłam potem z wujkiem Google, czy mamy rację. Mamy. Afrowiórki używają swoich puchatych ogonów jak parasoli słonecznych, chroniąc swoja głowę i grzbiet od palącego słońca.

Afrowiórki namibijskie żyją w przyjaznych relacjach z surykatkami. Pozwalają im korzystać ze swoich norek, a w zamian za to surykatki ostrzegają je przed zbliżającymi się niebezpieczeństwami. Kilka razy widzieliśmy więc jak Timon znika pod ziemią, żeby pojawić się później na powierzchni w innym miejscu. 

The early bird...

...gets the view on blue wildebeest. As we get ready for breakfast, here they come to the pan in front of our windows.  So we look at them and feed our souls before we go to feed our bellies. 

Kto rano wstaje, ten… widzi gnu pręgowane. Całe stadko przyszło z samego rana przed nasze okna. Obserwujemy je przez dłuższą chwilę, zanim pójdziemy na śniadanie. Strawa dla ducha przed strawą dla ciała. 

Peace of soul...

We got up really early today. Standing outside with a cup of tea, we look at the sky painted with pastel colours, waiting for the touch of first rays of sun on our faces, and we breathe in peace and breath out stress, and breathe in peace and breath out stress....

Wstaliśmy dzisiaj o świcie.  Z kubkiem herbaty w ręce patrzymy na pomalowane pastelami niebo nim pierwsze promienie słońca połaskoczą nas w twarz. Z każdym wdechem wpływa spokój, z każdym wydechem ucieka stres….

Dinner with Timon

As we were enjoying our five course yes-you-are-so-going-to-put-on-weight-but-it-is-so-delicious-that-who-cares dinner, Timon the meerkat comes to say hi. He was rescued by the managers of the hotel and now lives here, mixing both worlds together - at night he will sleep with humans in their bed only to disappear after breakfast when he goes to visit ground squirrels outside. There is a chance he will find himself a mate from a group of meerkat living not so far away when he is a bit older, but at the moment he just plays, hunts and comes for a cuddle. 

Podczas pięciodaniowego nie-schudniesz-podczas-tych-wakacji-oj-nie-schudniesz-ale-za-to-jest-pyszne obiadu przyszedł nas odwiedzić Timon, surykatka. Timon został uratowany z fatalnych warunków przez menadżerów hotelu i teraz z nimi mieszka. W nocy śpi w ludzkim łóżku, żeby zaraz po śniadaniu pomknąć na polowanie, lub zniknąć w norze afrowiórek. Jego opiekunowie mają nadzieję, że Timon kiedyś znajdzie sobie samiczkę w grupie żyjących nieopodal surykatek, założy rodzinę i jeśli szczęście im dopisze, będzie ich czasem odwiedzać, może nawet z rodziną.  Ale na razie Timon jest jeszcze nastolatkiem i dużą część swojego czasu, zwłaszcza w nocy, spędza w towarzystwie człowieka.

Sundowner

Kalahari Red Dunes Lodge has its own game reserve on nearly 10 000 acres. As sun starts to slowly go down, we go for a scenic drive. The  landscape is beautiful and the weather favours us with some pleasant breeze. 

Kalahari Red Dunes Lodge znajduje się na terenie prywatnego rezerwatu zajmującego prawie 10000 akrów. Późnym popołudniem ruszamy więc z miejscowym przewodnikiem obejrzeć okolicę i rozejrzeć się za zwierzętami. Słońce jest już dość nisko, dzięki czemu krajobrazy wydają się jeszcze piękniejsze. Wieje przyjemny wiaterek i deszcz wisi w powietrzu. Jest koniec pory deszczowej, która w tym roku na Kalahari była dość obfita, ale po kilku latach suszy deszcz jest wciąż bardzo potrzebny. 

We can see a lot of trees with sociable weavers' nests. If you see them once, you can always recognise them. They are massive and they look a bit like a haystack attached to a larger tree (or very often to a telephone pole).  They are bird equivalents to our big apartment blocks; 300-500 birds can live in one such nest. At winter season, if they become waterlogged, they can weight up to several tones and drag the tree or pole down.  But I will talk about sociable weaver more in a different post, as they deserve an entry dedicated just to them.

Pierwsze, co rzuca nam się w oczy, to bardzo duża ilość gniazd tkaczy. Gniazda tych ptaków są zazwyczaj ogromne i wyglądają jak stogi siana zwisające z drzew lub słupów telefonicznych. Każde takie gniazdo to odpowiednik wielkiego apartamentowca - mieszka tam często 300-500 ptaków (plus gatunki, które wpraszają się w gości). W trakcie pory deszczowej, nasączone wodą gniazda mogą ważyć nawet kilkanaście ton i zdarza się, że drzewa (lub słupy telefoniczne) łamią się pod ich ciężarem. Ale na razie wystarczy o tkaczach, one zasługują na osobny wpis do bloga. Wkrótce. 

 

Last time we visited Namibia in 2013 and there was no rain season that year. We were now told there were many very poor rain seasons in the next years too. But this year it was not too bad. And we can see a very different Namibia now; greener, lusher, relaxing after the struggle. And we can also see a lot of animals. Today we cross our paths with black wildebeests, blesboks, springboks, oryx, and Burchell's plain zebras.

Poprzednio odwiedziliśmy Namibię w 2013 roku. Wtedy także byliśmy tutaj w kwietniu, czyli na koniec pory deszczowej, ale tej pory praktycznie wówczas nie było. I ta susza - z małymi przerwami - trwała aż do teraz. Ale w tym roku, nie licząc niektórych regionów na południowym zachodzie, pora deszczowa była całkiem przyzwoita. I Namibia, jaką widzimy dzisiaj, pokazuje nam całkiem inne oblicze, niż ta z 2013 roku. Jest bardziej zielona, bardziej zrelaksowana, bardziej pełna życia…  Tego popołudnia drogę przecinają nam gnu brunatne, sasebi,  skoczniki antylopie, oryksy i zebry Burchellego. 

And then there is a little shower and we are blessed with a beautiful rainbow. Water arrives and Kalahari cannot resist smiling. 

Wydawało nam się, że zanosi się na deszcz i deszcz nadszedł. Króciutki, tylko pokropiło, ale wystarczyło, żeby rozpiąć na niebie łuk tęczy. 

The day slowly comes to its end and so we chose a spot to observe the sunset. Namibian sky often choses pastels in the morning  but the evening colours are fierce: first blues and pinks, then purples, red, yellow and golds.  We sip a drink and we look at the world and we feel so very much at home...

Dzień ma się ku końcowi więc zatrzymujemy się na jednej z wydm, żeby obejrzeć zachód słońca. W Namibii poranne niebo lubuje się w delikatnych, nieśmiałych pastelach, ale kolory na koniec dnia są zwykle nasycone, intensywne, odważne. Najpierw królują niebieskości i róże, potem zaczynają dominować odcienie purpury, pomarańczy i złota. Sączymy gin z tonikiem, patrząc jak ostatnie promienie słońca znikają za horyzontem i wszystko wydaje się być tak bardzo na swoim miejscu….

Afternoon tea

Sometimes, just when you think things cannot get any better, they actually do. There is afternoon tea served at the main lodge. The cherry on the cake. And literally so. With mouth full of chocolate fudge cake we try to check the camera system at home to see how our cats are doing whilst also hunting with cameras on sociable weavers that came to steal some crumble. I spot female cap sparrow, most probably juvenile, and cape ground squirrels that run around swimming pool area.  Oh yes, this is my favourite type of afternoon. 

Kiedy myślisz, że nie może już być lepiej, pojawia się nagle wisienka na torcie i to czekoladowym torcie. Siedzimy sobie zatem przy herbatce, pożerając torta i  łączac się z naszym domowym systemem kamer, żeby sprawdzić, jak się mają koty, a jednocześnie polując aparatami na latające wokół tkacze, zwabione nadzieją na okruszki ciasta. Przyleciała także samiczka wróbla czarnogłowego, a wokół basenu harcują afrowiórki namibijskie. Takie popołudnie to ja rozumiem.

Kalahari Red Dunes Lodge - here we come

Not far from Mariental we turn left and go into the desert. It is so calmingly beautiful here. The dunes in bright orange contrast with blue sky, trees bent under weight of sociable weavers' nests, and - as the rainy season was good this year - there is some greenery, too. And then we arrive at Kalahari Red Dunes Lodge. The place is even nicer than I imagined. Our room, with thatched roof  and walls made partly from stone and partly from canvas, is huge and boasts enormous panoramic windows. It is elevated so the view on a big vlei is fantastic and the first thing we can see are elands lazing around. Oh yes, I grab the camera :-). The bed is huge and comfortable. There is one shower in the room, one in the bathroom and one outside - choices, choices. Do I find it a bit excessive? Yes, sure. Does it bother me? Not at all.

W okolicach miasteczka Mariental odbijamy w lewo i wjeżdżamy w pustynię. Kalahari to ogniste pomarańcze wydm, nasycony błękit nieba, a teraz, tuż po porze deszczowej, także całe wyspy zieleni. Nasz pierwszy przystanek to Kalahari Red Dunes Lodge, gdzie spędzimy noc. Domki gości rozstawione są tu wokół podziemnego jeziora, każdy na drewnianym pomoście, z dachem krytym strzechą i ścianami częściowo z kamienia i częściowo z płótna. Na dwóch ścianach znajdują się wielkie panoramiczne okna i pierwsze co widzimy to pasące się leniwie stado elandów (antylopa kanna). Gdzie jest mój aparat? Łóżko jest duże i wygodne, i mamy też trzy prysznice: jeden w pokoju, jeden w łazience i jeden na zewnątrz. Spadła torba z wysokorba, a w tej torbie chleb i borba, raz, dwa, trzy, dziś mnie myjesz prysznicu ty…

 

 

To see 360 degrees interactive Panorama please follow the link above

Kliknij w link powyzej, aby wejsc do panoramy

The Tropic of Capricorn

This morning we leave Windhoek behind to go south. The Tropic of Capricorn awaits here, the gate to our adventure. Last time we visited Namibia we crossed it without paying much attention. This time we stop for a short break. Hello South :-)

Dziś rano opuszczamy Windhoek, aby kilka godzin później dotrzeć do zwrotnika koziorożca, wyznaczającego początek naszej Południowej Odysei. Ahoj przygodo. 

Joe's Bar

Joe's Bar, oh Joe's Bar, how we have missed you. The best food ever.  Snails, oryx, zebra, springbok - this is our choice for dinner. It is very busy tonight, but we are lucky to find a table quite quickly. The evening is a bliss. And after we are back in the Olive Grove there is a chocolate and a glass of port waiting for us, too. Paradise does exist. 

Punkt kulminacyjny dnia – kolacja w Joe’s bar. Nie mamy rezerwacji, Joe’s jak zawsze zatłoczony, ale szczęścia mamy więcej niż rozumu i jedna z kelnerek szybko znajduje nam stolik. Jakby tak trochę poza kolejką, co docenimy odpowiednim napiwkiem.  Karma w końcu istnieje, może następnym razem też nam los będzie sprzyjać. Ślimaki jako starter, antylopy i zebra jako danie główne i nie musze nic więcej mówić. Kucharz tutaj jest warty swojej wagi w złocie. Po bardzo przyjemnym wieczorze wracamy do Olive Grove, a tam już na nas czeka wieczorna czekoladka i karafka porto. Raj jednak istnieje. 

Olive Grove, Windhoek

This is not our first stay at the Olive Grove, so we knew what to expect: comfortable, pleasantly cool and a bit quirky rooms with big bath tubes, nice, sunny patio and wonderful breakfast. This afternoon we are collecting our car and there is nothing else on our itinerary, apart from a dinner at Joe's Bar. Just relax, unwind, sip cold drinks observing sociable weavers and get ready for a big Southern Odyssey starting tomorrow.

To nie jest nasza pierwsza wizyta w hotelu Olive Grove, więc wiemy dokładnie czego się spodziewać. Czekaja na nas wygodne i przyjemnie chłodne pokoje z wielkim łóżkiem i jeszcze większą wanną, w klimacie, który bardziej kojarzy mi się z Tunezją niż Namibią, słoneczne patio i bardzo dobre śniadanie. Dzisiaj odbieramy samochód i oprócz obiadu w Joe’s Bar nie mamy żadnych innych planów. Tylko popijać herbate/kawe/zimny napoj, napawając się słoncem i obserwując wszędobylskie tkacze (miejscowe ptaki). Jutro zaczyna się wielka południowa odyseja. Dzisiaj jest słodkie farniente.

 

 

Off we fly

It is time to see Namibia again. This time we use loyalty points to splurge a little and travel in Business Class. But before we leave there is still time for lounge. Somehow our travels always make us sinners if we talk about food... 

Nadszedł czas, żeby znów odwiedzić Namibię, jeden z naszych ulubionych krajów. Tym razem punkty lojalnościowe pozwalają nam odrobinkę zaszaleć i lecimy biznesem. A że lecimy biznesem, to rzecz jasna przed wylotem czas na lounge i pasienie brzuchów... Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina...

The travel is really nice. It makes such a difference when you can just lie down and sleep comfortably enough. Plus the food is excellent. One, two, three and we are in Johannesburg.

To jest mój pierwszy lot na długi dystans w klasie biznes i już wiem, że lecąc w klasie ekonomicznej będę odtąd narzekać. Ale póki co dobry obiad, film, a potem rozkładam fotel, owijam się kocykiem, zamykam oczy i raz, dwa, trzy - już jesteśmy w Johannesburgu.

Johannesburg means another lounge as we wait for the flight to Windhoek.

Johannesburg i krótka wizyta w tutejszym lounge'u w oczekiwaniu na lot do Windhoek.

 

One more flight, one more meal (oh yes, this never ends) and we will see Windhoek again.

Jeszcze jeden krótki lot, jeszcze jeden posiłek (wakacje tuczą!) i zaraz będziemy lądować w Windhoek.