travel

Chasing the sun...

A nice trip somewhere warm is desperately needed.  It has been rather hectic time at work, and I also had increased insomnia problems, Marcin was unhealthily busy with his work project too, and we just really, really need to unwind. I am so, so tired this morning – It is 4 am and I have been working until 3 am. Then I quickly took a shower, checked all the cats (I will miss them so much, as always), packed the last things, took my medicines for tonsillitis (yes, this is happening, too) and now the taxi taking us to the airport is here. But I count my cats last one time before leaving and Min is missing. Not leaving without finding her of course, no matter that I know she must be home as I saw her half an hour ago. I have to see her before I lock the door. Half an hour later, with anxious driver who knocked 3 or 4 times to rush us, we are on our way to the airport. I feel exhausted and, let’s face it, I look a mess. My hair are still wet, there was no time for make-up, I carry with me a bundle of printed essays I still have to mark, my throat is stubbornly painful, but the travel begins and good mood slowly but surely starts to sip in. And we get to the airport just on time :). It is the first time we fly with Qatar airlines, and at first I think the sits are not spacious enough but they are so well designed, we are actually quite comfortable. The entertainment looks good, but I have a job to do and then I nap. And before I notice we are in Doha. 

At Doha airport we go for lunch. Pizza and beer for Marcin, chicken salad and freshly squeezed orange juice for myself. Not brilliant food but much better than the boring, uninspiring meal they served during our flight (the weakest point of Qatar airlines if you ask me). 

Miła podróż, najlepiej gdzieś, gdzie jest ciepło i słonecznie, jest mi niezbędna do przetrwania. Ostanie pół roku w pracy to był ostry kierat, bezsenność dała mi tez nieźle w kość, Marcina projekt był czystym domem wariatów i naprawdę oboje musimy nabrać oddechu. Dzisiejszego ranka mam kumulacje zmęczenia. W tym tygodniu wszystko było na akord, plus jest teraz 4 rano, a ja skończyłam pracować dokładnie godzinę temu. Miałam akurat czas na szybki prysznic, podanie kotom wczesnego śniadania, wzięcie leków na anginę (tak, to też!) i dopakowanie reszty ( i niezbędnych, i losowych) rzeczy do walizki. I już jest taksówka, która nas zabierze na lotnisko. Liczę koty po raz ostatni (nie znoszę ich zostawiać, to jedyna rzecz, której nie lubię w podróżach) i brakuje mi Min. Nie mogę wyjść z domu, dopóki nie policzę wszystkich kotów, nie ma takiej opcji. Wiem, ze Min jest w domu bo pół godziny temu jadła śniadanie, ale muszę ją zobaczyć. Pół godziny później wsiadam do taksówki, kierowca pukał tylko  3 albo 4 razy, aż nakrzyczałam na niego, ze jak nie znajdę kota to nigdzie nie jadę. Min wtedy łaskawie wyszła z ukrycia powiedzieć „dobra, matko, jedź już jak musisz, bo siejesz panikę”. No i siedzę w taksówce, w rękach pęk wydrukowanych esejów, które muszę jeszcze sprawdzić w samolocie, piasek pod powiekami, włosy wciąż mokre, brak makijażu (nie było na to czasu), gardło boli, ale zaczyna się podróż wiec pomału acz stabilnie wsącza się we mnie także dobrostan. Zamykam oczy i jesteśmy na lotnisku.  W sam raz na czas. Pierwszy raz lecimy Qatarem i początkowo myślę, że siedzenia są ciasne, ale zaraz się przekonuje, ze są tak zaprojektowane, że jest nam raczej wygodnie. Program rozrywkowy (czytaj filmy) też wygląda dobrze, ale ja mam jeszcze trochę pracy przed sobą, a potem zamykam na chwilę oczy i już jesteśmy w Doha.  

Na lotnisku w Doha idziemy na lunch. Pizza i piwo dla Marcina, sałatka z kurczaka i świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy dla mnie. Jedzenie nie jest jakieś rewelacyjne, ale i tak dużo lepsze niż nudne rozmemłane posiłki, które podali nam w samolocie (najsłabszy punkt Qatar Airlines jak o mnie chodzi).  

And then we are boarding again. A bit more than 6 hours, 1 movie, and another 2 boring in-flight meals later we can see the sunrise as we are preparing for landing. Good morning Bangkok! A new adventure begins.

I już znów jest czas boardingu. Trochę ponad sześć godzin, jeden film i dwa (znów nudne) posiłki później przez okno podziwiam piękne kolory świtu, kiedy samolot szykuje się do lądowania. Bangkok budzi się z nocnego odpoczynku a my zaczynamy kolejna przygodę. 

 

Start your day with a good breakfast they say...

…and that is what we intend to do. A short walk from our apartment we find The Breakfast Club and that is where intend to indulge ourselves with a too-many-calorries-but-who-cares-you-are-in-Amsterdam breakfast. Amsterdam is a paradise for food lovers, it will forever remain associated in my mind with opulent breakfasts, wonderful cakes and excellent Indonesian cuisine (oh, yes, this is in our plans as well). So now in we jump, from the crispy morning air, noses just a tad red and hair tossed by winter wind, to the warmth and a joyful noisiness of a cosy breakfast cafe. Soon sandwiches, omelettes, Benedictine eggs, teas and coffees land on our table (windowsill really, as we sit facing Amsterdam street through huge windows of the cafe). Life is good.

Od mojej pierwszej wizyty w Amsterdamie już chyba zawsze kojarzyć mi się on będzie z pysznymi, chociaż za dużymi (to nie jest ich wada!) śniadaniami, znakomitym ciastem i kuchnią indonezyjską, lepszą być może nawet niż w samej Indonezji. Ten dzień postanawiamy zatem także zacząć od dobrego śniadania. Na mapie wypatrzyliśmy, ze dość niedaleko od naszego apartamentu i w stronę centrum, gdzie się docelowo wybieramy, znajduje się The Breakfast Club. Po krótkim, przyjemnym spacerze, z nosami odrobinę czerwonymi od chłodnego poranka i włosami zmierzwionymi na zimowym wietrze wskakujemy do małej oazy ciepła, gwaru i pysznych zapachów.  Znajdujemy wolny stolik, a raczej szeroki parapet, do którego przystawione są krzesła i zaczynamy przebierać w daniach o kaloryczności dostosowanej do potrzeb przechodzącego intensywny trening przyszłego komandosa, ale któż by się tym w Amsterdamie przejmował. Za chwilę na naszym parapecie lądują kanapki na gorąco, omlety, jajka benedyktyńskie, filiżanki z kawą i szklanki pełne pachnącej bergamotką herbaty. Życie jest piękne. 

Sunset

For dinner and to unwind a bit after a busy day we go to Banyalbufar, one of the drowsy clifftop coastal villages. We stop at the 1661 Cuina de Banyalbufar for beef fillet (myself), seafood (Marcin) and delicious fig ice-cream. From here we have only a very short drive to Torre des Verge, a medieval watchtower, where we stay to observe the sun going down. The views out along the coast are so very beautiful and surprisingly there are very few people, so the evening is peaceful and lovely and then it is time to go back to Palma for the night. 

 

Żeby zjeść obiad i zrelaksować się po pełnym zwiedzania dniu jedziemy do jednego z małych miasteczek przycupniętych na przybrzeżnych klifach – Banyalbufar.  Wybieramy 1661 Cuina de Banyalbufar na nasze miejsce posiłku, kierując się tym razem wyłącznie własną intuicją i ona nas nie zawodzi. Owoce morza (Marcin) i fileta z wołowiny (ja) poprawiamy przepysznymi lodami figowymi. Stąd mamy już tylko króciutki odcinek drogi do Torre des Verge, średniowiecznej wieży obserwacyjnej trochę dramatycznie uczepionej klifu. Z parkingu (jak i z samej wieży) roztaczają się piękne widoki, a że na szczęście ludzi jest bardzo niewiele, zostajemy obejrzeć zachód słońca. A potem już tylko pozostaje wrócić do Palmy na noc. 

Valdemossa

After nice breakfast in the nearby café, off we go to famous Valdemossa.  We find a place to park (not an easy affair) and luckily from there we have only few steps to the monastery gardens.

 The origins of the town date back to the fourteenth century, when King Sancho built his royal palace here in the hills to cope better with his asthma. In 1399 the palace was gifted to the Carthusian monks who converted and extended it into monastery – Valdemossa’s Real Cartuja de Jesus de Nazaret. What is visible today is mostly version from XVII and XVIII centuries. 

Monastery in Valdemossa became even more popular since George Sand and Frederic Chopin stayed here for 4 months in 1838/39, three years after the last monks were evicted during suppression of the monasteries.

Po sympatycznym śniadaniu w pobliskiej kafejce (śniadanie w naszym hotelu kosztuje tyle, że muszą serwować marcepany polane truflami podane na złotej zastawie wiec poszliśmy zjeść gdzie indziej), jedziemy zobaczyć słynną Valdemossę. Trochę nam schodzi na znalezieniu miejsca do zaparkowania, ale za to okazuje się, ze wylądowaliśmy zaledwie krótki spacerek od ogrodów klasztoru. 

Początki Valdemossy datuje się na czternasty wiek, kiedy to wybudowano tutaj pałac królewski, wierząc ze górski klimat będzie sprzyjał chorującemu na astmę królowi Sancho. W 1399 pałac podarowany został mnichom kartuskim, którzy rozbudowali go i przekształcili w klasztor, znany jako Królewska Kartuzja pod wezwaniem Jezusa z Nazaretu. Klasztor był wielokrotnie przebudowywany i dzisiejszy jego wygląd to głównie wersja z XVII/XVIII wieku.

Valdemossa swoją popularność wśród turystów zawdzięcza także Fryderykowi Chopinowi i George Sand, którzy mieszkali tu przez 4 miesiące w latach 1838/39, trzy lata po tym, jak ostatni mnisi zostali wysiedleni.

We start the visit from a cup of coffee/tea in the café just in front of the entrance and then we enter the church with beautiful Baroque ceiling paintings and barrel vaulting. From here, through huge wooden door, we enter the shadowy cloisters, where white-arched corridors with big splashes of lights from patio windows create really magical atmosphere. We enter into the pharmacy with its shelves crammed with beautifully decorated majolica jars, antique glass and wooden boxes. 

Odwiedziny klasztoru zaczynamy od… kawy i herbaty w małej kafejce przy wejściu. Jak to my. Potem wchodzimy do kościoła z pięknymi barokowymi freskami na suficie o kolebkowym sklepieniu. Przez wielkie drewniane drzwi przechodzimy do zacienionych krużganków, gdzie białe łuki korytarzy z akcentami światła wpadającego przez wychodzące na dziedziniec okna tworzą naprawdę magiczną atmosferę. Stamtąd wchodzimy do apteki, w której półki i szafki aż uginają się pod ciężarem pięknie dekorowanych pojemników z majoliki, starego szkła malowanego drewna. 

The prior’s cell in the opposite corridor consists of few big rooms – a chapel, a library, an audience chamber, a dining room and a bedroom and has an entrance to a private garden with magnificent view down the valley.

In contrast to this luxury, the life style of the monks  was rather harsh. They would gather together only for church services and Sunday meals, spending the rest of their life in solitude. It is also said that three days a week they only ate bread and water, and they never ate meat. And yet, they were famous from their longevity. 

In cell no. 4 there is a Chopin’s museum, where the most important exhibit is his piano that arrived here just 3 weeks before his departure to Paris (it was lost at first, then huge duty had to be paid after it was found, similarly big duty would have to be aid if Chopin were to take it back. So the piano stayed).  One of the next cells hosts the Museo Municipal as well as small collection of modern art.

 

Cela przeora, do której wchodzimy z korytarza po przeciwnej stronie krużganków, składa się z kilku dużych pomieszczeń – kaplicy, biblioteki, sali audiencyjnej, jadalni, sypialni i ma wejście do prywatnego ogrodu ze wspaniałymi widokami na dolinę poniżej. Pomimo takich luksusów reguła kartuskich mnichów była bardzo wymagająca. Mnisi spędzali większość czasu w odosobnieniu gromadząc się jedynie na niektóre ceremonie kościelne oraz niedzielne posiłki. Ich dieta była wegetariańska a przez 3 dni w tygodniu mieli jeść tylko chleb i wodę. Tutejsi mnisi byli za to słynni ze swojej długowieczności.

Cela numer 4 mieści w sobie muzeum Chopina, w którym zobaczyć można pamiątki po pobycie słynnego kompozytorze i George Sand,  w tym ich rękopisy, listy, portrety. Najważniejszym eksponatem jest fortepian, który Chopin zamówił jeszcze w Paryżu, a który zaginął po drodze na Majorkę, a gdy wreszcie dotarł do miejsca przeznaczenia, okazało się że należało za niego zapłacić ogromne cło. Fortepian dotarł do klasztoru zaledwie trzy tygodnie przed zaplanowaną przez Chopina i Sand podróżą powrotną do Paryza i już tam pozostał.

W kolejnych celach mieści się lokalne muzeum i mała galeria sztuki współczesnej. 

Only after leaving the monastery we realise how long it took us to wander around it and it is already time for a late lunch. So we stay in the restaurant situated between the monastery and Palace of king Sancho. Marcin is having fish, myself spaghetti Napoli.  The food is nice and the lingering in the sun is a bliss.

Dopiero po wyjściu z klasztoru orientujemy się, jak długo byliśmy w środku. Zdecydowanie jest już czas na lunch, wybieramy wiec restaurację położoną bardzo blisko klasztoru i pałacu króla Sancho. Marcin wybiera rybę, ja spaghetti po neapolitańsku. Jedzenie jest dobre a pogoda idealna do siedzenia na zewnątrz. 

With bellies pleasantly full we can go on with sightseeing. Now it is time for the Palace. Even though it is not the original medieval version, it is the oldest part of the monastery, mostly dating back to the XVI century. We go through a series of period rooms and the beautiful courtyard. The most impressive are the red and yellow drawing rooms with rich tapestry on the walls - good examples of the typical sitting rooms of Majorca’s aristocracy houses. The yellow room is the family pictures gallery. The furniture in the red drawing room is mostly from Baroque era. 

 

Zaspokoiwszy głód, idziemy do pałacu. Mimo, ze nie zachowała się jego średniowieczna wersja, jest to wciąż najstarsza część klasztoru, sięgająca  XVI wieku. Oglądamy piękny dziedziniec i serię historycznych pomieszczeń. Największe wrażenie robią czerwony i żółty  salon z bogatymi obiciami ścian i barokowymi meblami – dobre przykłady pomieszczeń z domów majorkańskiej arystokracji.  

After visiting the Monastery and the Kings Sancho Palace we walk down the cobbled streets sprinkled with stout stone houses, shops, cafes, restaurants, and big pots of flowers, hunting the colourful tiles depicting a local saint – Santa Cathalina Thomas. And there are plenty of them. The local people seem to be a little obsessed with their own saint judging by the number of tiles we can spot. 

Down the Carrer de Jovellanos we get to Miranda de Lledoners, a viepoint on the charmful Valdemossa’s rooftops in ochre colours, descending down to the valley and the church of St Bartomeu. 

And here we say goodbye to Valdemossa, at least for today. 

 

Po obejrzeniu klasztoru i pałacu idziemy  w dół krętymi uliczkami z niewysoką kamienną zabudową, mijając małe placyki pełne kawiarnianych stolików i poustawiane wszędzie donice z kwiatami.Na frontonach wielu domów znajdują się kolorowe ceramiczne tabliczki przedstawiające sceny z życia wywodzącej się stąd świętej Katarzyny z Palmy. Staramy się znaleźć jak najwięcej takich tabliczek, co okazuje się nie być wcale trudne. Miejscowi ewidentnie nie wstydzą się swojej świętej, a może nawet mają na jej tle małą obsesje, sądząc po ilości zdjęć, jakie udaje nam się zrobić. 

Idąc wzdłuż Carrer de Jovellanos dochodzimy do punktu widokowego Miranda Lledoners, skąd możemy podziwiać schodzące w dół w stronę doliny i kościoła św. Bartlomieja ochrowe dachy kamiennych domów. I to jest nasze pożegnanie z Valdemossą, przynajmniej na ten dzień.

And here is a short movie from our visit.

A tutaj krotki film z naszej wizyty

To the South...

We head for early breakfast and immediately after it is time to go. We have more than 450 km of travel in front of us. At first we have a luxury of wide tarmac road, then it changes into a gravel one, and the closer we are to Fish River Canyon the narrower and more twisting it becomes. As we travel, the landscape changes in front of our eyes, we pass some mountains, big areas of sand covered in small yellow flowers (recent rains are to be grateful to for this surprising view), and at the end the land becomes more barren, rocky, and even more exposed to the merciless sun. We arrive to the Fish River Lodge just in time to unpack and have a cup of tea before our sunset scenic drive.  Some images (mostly from my mobile) and a movie from our trip are added below. 

 

Idziemy na wczesne śniadanie i natychmiast po nim ruszamy w dalszą drogę. Przed nami ponad 450 km do kanionu Fish River. Do widzenia gepardy, stonogi, koty, osiołki, strusie i skoczniki. I piękne, ogniste wydmy. To były bardzo udane dwa dni a teraz czas ruszyć dalej na południe. Początkowo prowadzi nas szeroka asfaltowa droga, która z czasem zamienia się w szutrową, a ta z kolei im dalej na południe, tym bardziej staje się wąska i kręta. Co jakiś czas kompletnie zmienia się krajobraz, czasami jest zupełnie płasko a innym razem mijamy wielkie góry. Najbardziej zaskakują nas wielkie kobierce małych, żółtych kwiatków, efekt udanej pory deszczowej. Daleko na południu krajobraz staje się bardziej surowy, kamienisty, na pierwszy rzut oka wydaje się aż jałowy, ale przekonamy się wkrótce, że tak naprawdę życie wciąż jest tutaj bogate. Docieramy do Fish River Lodge akurat na czas, żeby zanieść bagaże do naszego domku i wypić filiżankę herbaty przed wieczorną wyprawą do punktu widokowego na kanion. Poniżej kilka zdjęć (głównie z komórki) i filmik z naszej dzisiejszej podróży. 

Cats, meerkats, donkeys, and a peacock...

 …or otherwise a short break before we go again to feed the cheetah. Marcin decides on a pint of beer from the swimming-pool bar and is immediately surrounded by curious meerkats. I grab the camera and go to take some pictures but local cats come to say hello and of course we make friends immediately. My soul is feline-friendly to the very core and they sense it easily. It is already super hot, the grass around the bar is being watered and meerkats sit close enough to enjoy a delicate spray but far enough to avoid all the big droplets. When the droplets come too close they shift a few inches but do not run away. It is a pleasure to watch them enjoying the mist. The magic of this place is that you do not have to look for animals – just sit down and wait, and sooner or later they will come to you. Apart from meerkats and cats, during this short break we are also visited by donkeys and a peacock. I have to smile. 

Koty, surykatki, osły i paw czyli czas na krótką przerwę zanim pojedziemy znów karmić gepardy. Marcin decyduje się na zimne piwo w barze przy basenie i prawie natychmiast otoczony jest przez wścibskie surykatki. Ja łapię aparat i idę porobić im trochę zdjęć, ale zaraz przychodzą do mnie lokalne koty, żądając należytych sobie względów – miziaj, kobieto, miziaj. Miziam z przyjemnością, rzecz jasna. Słońce jest już wysoko i praży wszystko jak skwarki na patelni, ktoś z obsługi złapał więc za szlauch, żeby podlać trawę wokół baru. Surykatki zeszły z drogi, ale tylko odrobinkę, siedzą na tyle blisko, ze dolatuje do nich drobniutka mgiełka wody. Kiedy zaczynają dolatywać trochę większe krople – przesuwają się o kilka kroków, nie więcej. Aż żałuję, że nie mam przy sobie kamery. Największy urok tego miejsca polega na tym, ze nie trzeba tu szukać zwierząt. Wystarczy usiąść i chwilę poczekać i na pewno coś prędzej czy później przyczłapie. W czasie tej krótkiej przerwy przypałętały się w nasze okolice także osiołki i paw. Jak tu się nie uśmiechać.  

Bagatelle scenic drive (part 1 - psychodelic orange and wildebeest)

Off we go for a rather long and breath-taking scenic drive.  A couple of hours of driving through rolling dunes and changing landscapes and we start to understand why not-such-a-small lodge decided to call itself "bagatelle" (trifle). In comparison with the vastness and wilderness of Kalahari it seems to be small and of little consequence indeed. 

In the afternoon light  the dunes are so fiercely orange, and acacia trees so lush and green, that it seems unreal. But beautifully so.

 

Po południu ruszamy na dość długą i naprawdę fascynującą przejażdżkę po Kalahari. Tak mniej więcej po godzinie, może półtorej, zaczyna do nas docierać dlaczego nie mały przecież lodge nosi nazwę „Bagatelle”. W porównaniu ze skalą Kalahari, jego obszar to rzeczywiście bagatelna sprawa. 

Krajobrazy są przepiękne. Są tak piękne, że można się tak gapić i gapić i paść własną duszę aż do wypęku. W  popołudniowym słońcu pomarańcz jest tak intensywny a zieleń akacji tak soczysta, że aż wydaje się to trochę nierealne. 

Every so often we encounter groups of various animals: oryx, springboks, ostriches, gnu and obviously social weavers.

When there is life, there is death, and thus occasionally we alse see a dead animal or (more often) a skeleton. 

 

Co chwila napotykamy większe lub mniejsze grupy zwierząt: oryksy, skoczki antylopie, strusie, kudu i oczywiście gniazda tkaczy.

Tam, gdzie jest życie, nieodmiennie pojawia się także śmierć, wiec zdarza nam się też zauważyć martwe zwierzę lub sam jego szkielet. 

On quite a few occasions we encounter wildebeest (gnu) and we can see both species: the black wildebeest (white-tailed gnu) and the blue wildebeest (brindled gnu). 

You can distinguish black from blue wildebeest by the colour of their coats, as long as you can part with logic for a while: blue wildebeest is dark grey (ok, with a blueish sheen to the coat), it has stripes and black tail. Black wildebeest is brown with a cream colour tail – obviously. 

You can also distinguish them by the orientation and curvature of their horns. Horns of the blue go out to the side, then curve down before curving back up. The blacks’ horns protrude forward then curve downward before curving back up.

The blue wildebeest is somewhat bigger of the two species. 

 

Kilka razy napotykamy na grupki gnu – obydwa ich gatunki: brunatne i pręgowane. Gnu brunatne jest ciemnobrunatne z kremowym chwostem ogona. Gnu pręgowane jest szare z pionowymi pręgami oraz ciemnym ogonem. (Po angielsku jest dużo zabawniej: gnu szare z pręgami nazywa się niebieskie, natomiast gnu w kolorze brunatnym i z jasnym ogonem nazywa się czarne -  nie pytajcie mnie, co pili ci, którzy nadawali im nazwy). 

Te dwa gatunki gnu różnią się także kształtem rogów – rogi gnu pręgowanego wyrastają do boku i zakrzywiają się najpierw w dół, a następnie w górę. Rogi gnu brunatnego wyrastają bardziej do przodu, chociaż tez zakrzywiają się najpierw do dołu a następnie do góry. 

Gnu pręgowane jest większe niż brunatne. 

Memories from Windhoek, 2013

Some memories from the beginning and end of our previous trip to Namibia, in 2013.  We started in Windhoek of course, staying in the Elegant Guesthouse, and visiting Joe’s Bar. Joe’s was just as great then as it is this year. I cannot imagine visiting Windhoek without eating there at least once. Then we went to the South, but not as far as this year – we made a small circuit in the Namib desert. And then we finished in Olive Grove.  So this year we started from where we finished last time :).

Garść wspomnień z naszej poprzedniej wizyty w Namibii, w 2013 roku. Zaczęliśmy także w Windhoek, ale wtedy zatrzymaliśmy się na pierwszą noc w Elegant Guesthouse i także udaliśmy się na kolacje do Joe’s Bar. Jedzenie było tak samo wyśmienite, jak teraz. Nie wyobrażam sobie już wizyty w Namibii bez odwiedzenia Joe’s. Wtedy także ruszyliśmy na południe, ale zrobiliśmy mniejsze kółko – do Sossusvlei i przez Swakopmund z powrotem do Windhoek, gdzie na ostatnią noc zatrzymaliśmy się w Olive Grove. W tym roku zatem zaczęliśmy naszą podróż tam, gdzie poprzednim razem  ją zakończyliśmy. 

Off we fly

It is time to see Namibia again. This time we use loyalty points to splurge a little and travel in Business Class. But before we leave there is still time for lounge. Somehow our travels always make us sinners if we talk about food... 

Nadszedł czas, żeby znów odwiedzić Namibię, jeden z naszych ulubionych krajów. Tym razem punkty lojalnościowe pozwalają nam odrobinkę zaszaleć i lecimy biznesem. A że lecimy biznesem, to rzecz jasna przed wylotem czas na lounge i pasienie brzuchów... Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina...

The travel is really nice. It makes such a difference when you can just lie down and sleep comfortably enough. Plus the food is excellent. One, two, three and we are in Johannesburg.

To jest mój pierwszy lot na długi dystans w klasie biznes i już wiem, że lecąc w klasie ekonomicznej będę odtąd narzekać. Ale póki co dobry obiad, film, a potem rozkładam fotel, owijam się kocykiem, zamykam oczy i raz, dwa, trzy - już jesteśmy w Johannesburgu.

Johannesburg means another lounge as we wait for the flight to Windhoek.

Johannesburg i krótka wizyta w tutejszym lounge'u w oczekiwaniu na lot do Windhoek.

 

One more flight, one more meal (oh yes, this never ends) and we will see Windhoek again.

Jeszcze jeden krótki lot, jeszcze jeden posiłek (wakacje tuczą!) i zaraz będziemy lądować w Windhoek.