Down to the canyon

We are up early today, and after nice breakfast we feel ready for a whole -day trip down to the canyon. There are just 5 of us: we, one more couple of lodge guests plus our guide and a driver (2-in-1). We take the only access route by vehicle into the Fish River Canyon and start descending into the depths of it. And nearly immediately we meet a small herd of bachelor springboks, with two youngsters exercising friendly fight. When springboks fight, they lock their horns, sometimes becoming stuck together, which leads to severe jerking and twisting to try to disentangle each other. 

Po wczesnej pobudce i dobrym śniadaniu jesteśmy gotowi na całodniową wycieczkę do kanionu. Jest nas tylko pięcioro: my, jeszcze jedna para gości plus nasz przewodnik i kierowca (2 w 1). Jedyną drogą przejezdną dla samochodu (przy czym „przejezdna” to huczne słowo, jak się za chwilę okaże) wybieramy się do Kanionu Fish River i zaczynamy zjeżdżać w jego głąb. I prawie od razu spotykamy małe stado skoczników, z dwoma młodzikami rozwijającymi swoje zdolności z zakresu skomplikowanej sztuki trykania. Podczas prawdziwej walki skoczniki blokują wzajemnie swoje rogi, czasami szczepiając się ze sobą tak, ze dopiero na skutek silnego szarpania i skręcania udaje im się rozdzielić.

As we go down, the guide explain to us geological features of the canyon, its history, local flora and fauna. We learn, for example, that the canyon was not eroded by the Fish River at the start. It was the movement of the tectonic plates that created a deep trench in a mountain plateau. Then of course further erosion took place. The Fish River took the trench and because of the hard stone layer of the plateau it could not follow a straight route, so it created many bends and deepened the canyon, too. As a result we have a snake-like canyon as we see it today. We listen and all the time we go down and down.

Podczas, kiedy my posuwamy się pomału w dół kanionu, przewodnik wyjaśnia nam jego historię, geologię i opowiada o lokalnej florze i faunie. Dowiadujemy się na przykład, że początki kanionu to nie erozja dokonana przez rzekę Fish, ale ruch płyt tektonicznych, który spowodował powstanie głębokiego rowu na płaskowyżu górskim. Potem oczywiście nastąpiła dalsza erozja, rzeka Fish zajęła bowiem wspomniany rów, a że ze względu na twardą kamienną warstwę płaskowyżu nie mogła podążać prostą trasą, utworzyła wiele zakrętów i pogłębiła jeszcze kanion. Słuchając jedziemy wciąż w dól i w dół.

We go down narrow, bumpy road, and with time it becomes steeper and steeper. It is not really a road any more, merely a path, tight, uneven and full of rocks, but somehow our 2-in-1 guide and driver can manage… We take a short break at the view point, with glistening surface of mustard-coloured waters bending a long, long way down below us..

Jedziemy wąską, wyboistą drogą, która z czasem robi się coraz bardziej stroma. W jakimś momencie to już właściwie nie jest droga, tylko ścieżka, ciasna, nierówna i pełna kamieni, ale nasz kierowca jakimś cudem sobie radzi… Kiedy docieramy do punktu widokowego, z błyszczącą wstążką musztardowej wody wijącą się bardzo, bardzo daleko pod nami, robimy sobie krótką przerwę.

After this, we descend down the canyon again, to the perennial rock pools, where we have our picnic and go for a little swim.

Następnie zjeżdżamy ponownie w dół kanionu, żeby zatrzymać się na odpoczynek i mały piknik przy skalnych basenach, gdzie woda utrzymuje się cały rok. Marcin idzie popływać w zimnych, żółtych wodach rzeki Fish.

Whilst Marcin swims in cold yellow waters, I am hunting birds with my camera – pale winged starlings, cape buntings, cape wagtails, and speckled pigeons are my trophies.

Podczas, gdy marcin pływa, ja poluję na ptaki z aparatem fotograficznym – moje zdobycze to czarnotek białoskrzydły, trznadel maskowy, pliszka obrożna i gołąb okularowy.

On the way back we meet klipspringers, kudu, steenboks, and Hartman zebras -  a real treat!

W drodze powrotnej do hotelu spotykamy koziołki skalne, kudu, antylopniki zwyczajne i zebry Hartmana.

There were relatively good rains recently and the desert is in bloom. We can see white flowers of Rhigozum trichotomum burch and a lot of small yellow flowers on the ground.

Po dość dobrych deszczach pustynia kwitnie. Wszędzie widzimy połacie małych żółtych kwiatków a krzewy Rhigozum trichotomum burch sa także pełne białawych kwiatów.

Into the storm

The storm is quickly approaching and the darkness is coming, so we have to go back to the lodge. Only it looks like we are riding just into the eye of the storm… By the time we arrive at lodge, it is bucketing down, every few minutes the darkness is ripped by the flashes of light, and the noise is so loud we have to scream to hear ourselves. We run to our chalet, a little bit scared but mostly giggling - happy, thrilled, and exhilarated, and immediately roll the roof down to avoid flooding. It is pitched black now, you cannot see anything at all in front of you, not even the Canyon edge. It feels as if outside the door there is a black solid wall, big nothingness, apart from these few second every so often when sharp whitish light ignites, violent, angry, strong, assaulting our eyes. It is crazy. It is a rupture. It is fascinating.  We try to take an image but outside it is literally tipping down strong wind batters everything around, so Marcin puts the camera tripod at the entrance of our chalet and I have to use all the strength I have to keep the door from slamming and still he has to help!).  But we have the image, yay! We wait for the storm to calm down a little before we go for our dinner. Tomorrow we go down to the canyon. Tonight we are going to sleep like innocent babes. 

Below there is our storm image and a little video with the storm. 

  

Burza zdecydowanie się przybliża, robi się coraz ciemniej wiec czas się zbierać do hotelu. Jest tylko jedno ale. Hotel jest dokładnie w stronę, skąd burza nadchodzi. Jedziemy więc w samą paszczę lwa…  Mój instynkt samozachowawczy krzyczy coś do mnie przez tubę, ale burza go skutecznie zagłusza. Kiedy dojeżdżamy na miejsce, deszcz zaczyna lać jak z cebra i co kilka minut ciemność rozrywana jest przez oślepiające światło błyskawic. Grzmoty są tak głośne, że musimy krzyczeć, żeby się usłyszeć. Puszczamy się biegiem do naszej chatki (całkiem spory kawałek mamy do przebiegnięcia) i nie wiem czy nasze tempo wynika z potrzeby chronienia sprzętu fotograficznego, małej dawki strachu, sieczących nas po głowie i plecach wielkich kropli deszczu, czy po prostu radości wariackiego sprintu, ale za chwilę już wpadamy do środka, próbując złapać oddech i przestać chichotać. Póki co w środku jest jeszcze cudownie sucho, wiec rzucamy się od razu opuścić dach, żeby woda nie wlała się do środka. Burza jest teraz tuż koło nas, ciemność na zewnątrz, że oko wykol, nie licząc powtarzających się co chwila błysków.  Momentami czuje się jak w stroboskopie. Deszcz leje się strumieniami, co jakiś czas huk jest taki, że czuję, jak ziemia trzęsie się nam pod stopami. Wyładowania zdają się koncentrować w części kanionu dokładnie naprzeciwko nas, więc staramy się uchwycić to na zdjęciu. Trochę jest to karkołomne zadanie bo ciężko jest wyjść na zewnątrz z aparatem w ten zacinający deszcz. Marcin rozstawia statyw w samych drzwiach i oboje musimy trzymać drzwi ze wszystkich sił, żeby wiatr nimi nie trzasnął z wielkim hukiem. Ale zdjęcie jest. Na kolację pójdziemy, jak burza się już przetoczy nad nami i deszcz przestanie lać. Jutro po śniadaniu jedziemy na cały dzień w głąb kanionu. Dziś w nocy zaś będziemy spać snem sprawiedliwego.

Pod spodem nasze zdjęcie burzy z hotelu i video z burzą w roli głównej.

Storm

It becomes darker and the rains visible from far away are coming closer, accompanied by a fantastic lightening bonanza. It is incredible, far away enough for us to not feel scared (well, maybe we are just naïve like this) but so intense, breath-taking, beautiful. We drink our sundowner G&T, take pictures and just enjoy it. Thank you, Namibia, for this unforgettable spectacle. (No Photoshop gimmicks on images below, just basic processing)

 

Światła szybko ubywa, widoczne z daleka deszcze przesuwają się w naszym kierunku i na horyzoncie pojawiają się wyładowania atmosferyczne . Ale, nie jedno, dwa, trzy. Błyska praktycznie nieustannie. Jesteśmy na tyle daleko, żeby czuć się bezpiecznie (możliwe, że to jedynie wynik naszej naiwności), ale przedstawienie jest tak intensywne, groźne i piękne, ze zapominamy w tym momencie zupełnie o kanionie. Popijając gin z tonikiem (to w końcu miał być sundowner) szukamy dobrego miejsca na ustawienie aparatu, wyzwalamy migawkę na dłuższy czas i łapiemy błyskawice- jedna, dwie, trzy cztery, czasem więcej. Namibia nam zgotowała niezapomniane przedstawienie. Naprawdę myślę, że ten kraj i my lubimy się z wzajemnością.  (Na zdjęciach poniżej nie ma trików z Photoshop’a, tylko zwyczajna obróbka - poprawki światla, kontrastu,  balansu bieli itp.). 

 

On the edge of the world..

This afternoon we drive with the guide and a few fellow visitors on the top of the plateau to one the great viewpoints over the canyon. The Canyon Park (45 000ha) is a vast and rugged landscape of flat-topped rocky mountains and dry plains. It is hyper-arid, much more severe, much harsher than Kalahari, and yet - against the odds - life still finds a way to prevail here. Vegetation is sparse, deciduous dwarf shrubs comprise the majority of the flora, but we can see some splashes of green, and it is enough to feed the wildlife, especially after good rains. This part of Namibia is largely undeveloped and it offers a true sense of undiscovered wilderness. You feel utterly remote here and yet also totally connected, even if it sound very cliché. The Park is located in the Nama Karoo biome bordering on the Succculent Karoo biome, where we will go next, with a variable rainfall that may fall both in summer and winter. 

Późnym popołudniem z przewodnikiem i małą garstką innych gości hotelowych jedziemy obejrzeć zachód słońca z punktu widokowego na kanion. Taki przynajmniej jest plan, który nam zmodyfikuje co nieco pogoda, ale o tym za chwilę. W zajmującym powierzchnię 45 tys. hektarów Parku Kanionu dominuje skalisty, surowy krajobraz. Wielkie płaskie połacie wysuszonej kamienistej ziemi i poprzecinane licznymi żlebami góry o płaskich zerodowanych szczytach wydają się być dużo bardziej bezlitosne, oferujące zdecydowanie mniej wsparcia niż Kalahari, a jednak wystarczy kilka dni obserwacji, żeby zauważyć, ze życie wciąż jest tutaj bardzo bogate. Szczególnie teraz, po w miarę dobrych deszczach, piegi zieleni pojawiające się w krajobrazie wystarczają by zwabić wiele zwierząt z terenów położonych bardziej na północ. Ta część Namibii jest niemal nieskażona ludzką działalnością, jest tu mało hoteli, prawie nie ma farm, nie ma przemysłu, bardzo łatwo jest o poczucie, że jest się naprawdę w środku nieokiełznanej niczym natury. Człowiek czuje się jak na końcu świata, może zresztą dlatego, że na nim jest.  Park zlokalizowany jest w biomie Nama Karoo, na granicy z biomem Succulent Karoo, który odwiedzimy później, z deszczami pojawiającymi się nieregularnie zarówno latem, jak zimą. 

There are over 100 endemic succulents here, including the largest, the Aloe dichotoma, also known as ‘Kokerboom’ or Quiver Tree, as well as over 1 600 other plant species. Quiver trees occurs lonely or in smaller or bigger groves above and on the slopes descending into the canyon. Growing up to 10 meters high, some reach an age of up to 300 years old. 

Rośnie tutaj ponad 100 endemicznych gatunków sukulentów, włączając w to Aloe dichotoma, znane także jako kokerboom lub drzewo kołczanowe, a także ponad 1600 innych gatunków roślin. Drzewa kołczanowe czasami występują samotnie, ale często rosną w większych lub mniejszych grupach, osiągają do 10 m wysokości i niektóre mają nawet 300 lat. 

In many places we can see a succulent known as Euphorbia damarana or Damara milk-bush (melkbos), a species of flowering plant native to Namibia. It produces toxic milky latex capable of killing animals and humans except rhino and oryx who feed upon it in times of drought. Supposedly, if you have an open wound and come into contact with the plant its poison could kill you. Another story we have heard was of  a group of miners who died after consuming food cooked over a fire of Euphorbia damarana.

W wielu miejscach spotykamy charakterystyczny sukulent zwany wilczomleczem Damara (Euphorobia damarana), endemiczny dla tej części Afryki. Euforobia ta słynie z wysoce toksycznego lateksu, powodującego śmierć ludzi i większości zwierząt, za wyjątkiem nosorożców i oryksów, które żywią się nią w trakcie suszy. Podobno kontakt z rośliną w przypadku posiadania otwartych ran może się skończyć śmiercią. Słyszeliśmy też historię o górnikach, którzy zmarli po wypiciu wody ugotowanej na ogniu z tej rośliny. 

Fish River Canyon is one of the deepest in the world, second in size to the USA’s Grand Canyon only. It is 161 km long, up to 27 km wide and almost 550 m deep. We can see the Fish river itself but only as mere trickle of silver ribbon down at the bottom. If you have ever visited the Grand Canyon, imagine it WITHOUT thousands, without even hundreds of visitors. There is only a very small bunch of us, drinking in the view as soft evening light paints everything in reddish colours. But there is a huge distraction from breath-taking views over the canyon - the storm coming from the direction of our lodge. The storm in all its glory.  

Kanion rzeki Fish jest drugim co do wielkości kanionem na świecie, zaraz po słynnym Wielkim Kanionie Kolorado. Ma 161 km długości, 27 szerokości i 550 metrów głębokości. Patrząc z punktu widokowego możemy dostrzec w niektórych miejscach srebrną wstążkę rzeki Fish.

Jeśli ktoś kiedyś odwiedził amerykański Wielki Kanion, to może spróbować wyobrazić sobie podobny bez tysięcy, bez setek, a nawet bez dziesiątek turystów. W zasięgu wzroku nie ma nikogo innego – tylko nas kilkoro, stojących na brzegu kanionu, podczas gdy wieczorne światło zaczyna  malować wszystko piękniejszą paletą barw. Ale pojawia się coś, co odciąga naszą uwagę od piękna kanionu – od strony naszego hotelu nadciąga burza. I bynajmniej nie robi tego po cichu i ukradkiem, ale w pełnej krasie błyskawic i dramatycznego światła. 

To the South...

We head for early breakfast and immediately after it is time to go. We have more than 450 km of travel in front of us. At first we have a luxury of wide tarmac road, then it changes into a gravel one, and the closer we are to Fish River Canyon the narrower and more twisting it becomes. As we travel, the landscape changes in front of our eyes, we pass some mountains, big areas of sand covered in small yellow flowers (recent rains are to be grateful to for this surprising view), and at the end the land becomes more barren, rocky, and even more exposed to the merciless sun. We arrive to the Fish River Lodge just in time to unpack and have a cup of tea before our sunset scenic drive.  Some images (mostly from my mobile) and a movie from our trip are added below. 

 

Idziemy na wczesne śniadanie i natychmiast po nim ruszamy w dalszą drogę. Przed nami ponad 450 km do kanionu Fish River. Do widzenia gepardy, stonogi, koty, osiołki, strusie i skoczniki. I piękne, ogniste wydmy. To były bardzo udane dwa dni a teraz czas ruszyć dalej na południe. Początkowo prowadzi nas szeroka asfaltowa droga, która z czasem zamienia się w szutrową, a ta z kolei im dalej na południe, tym bardziej staje się wąska i kręta. Co jakiś czas kompletnie zmienia się krajobraz, czasami jest zupełnie płasko a innym razem mijamy wielkie góry. Najbardziej zaskakują nas wielkie kobierce małych, żółtych kwiatków, efekt udanej pory deszczowej. Daleko na południu krajobraz staje się bardziej surowy, kamienisty, na pierwszy rzut oka wydaje się aż jałowy, ale przekonamy się wkrótce, że tak naprawdę życie wciąż jest tutaj bogate. Docieramy do Fish River Lodge akurat na czas, żeby zanieść bagaże do naszego domku i wypić filiżankę herbaty przed wieczorną wyprawą do punktu widokowego na kanion. Poniżej kilka zdjęć (głównie z komórki) i filmik z naszej dzisiejszej podróży.