Lost in Translation...

After a rather hectic week (I finished work half an hour before we had to leave for the airport), it is time for a new adventure. Asiana is taking us to Tokyo via Seoul, yay! I am so tired I sleep away most of the journey. Minus the mealtimes, not going to skip Korean food even if it is only an in-flight meal.

 

Po bardzo intensywnym tygodniu (skończyłam pracę na pół godziny przed wyjazdem na lotnisko) przyszedł czas na nową przygodę. Asiana zabiera nas do Tokio przez Seul, hurra! Jestem tak zmęczona, że przesypiam większość podróży. Marcin budzi mnie tylko na czas posiłków - nie zamierzam przecież przespać koreańskiego jedzenia, nawet jeśli jest to tylko posiłek w samolocie.

We will stop in Seoul for longer on our way back from Tokyo, today we have just enough time for a donut.

W Seulu zatrzymamy się na dłużej w drodze powrotnej z Tokio, dzisiaj mamy  jedynie czas na pączka.

And off we fly (and eat) again.

I znowu lecimy (i jemy).

 

We landed in Tokyo quite late, bought travel cards (similar to T-money cards in Korea),took two trains and found ourselves in Ginza in no time at all. Ok, we had to ask for directions wen changing a train, but people were very nice (if insisted on speaking in Japanese to us, even when they clearly knew English). Our first hotel is a short walk away from the Kabukiza theatre. But I will talk more about it later.

 

W Tokio wylądowaliśmy dość późno, kupiliśmy karty podróżne (podobne do kart T-money w Korei), wsiedliśmy do dwóch pociągów i w mgnieniu oka znaleźliśmy się w Ginzie. Ok, musieliśmy zapytać o drogę, gdy zmienialiśmy pociąg, ale ludzie byli bardzo mili (chociaż uparcie mówili do nas po japońsku, nawet jeśli wyraźnie znali angielski). Nasz pierwszy hotel znajduje się w odległości krótkiego spaceru od teatru Kabukiza. Ale opowiem o tym więcej później.

Goodbye Morocco

This morning, we’re bidding farewell to the beautiful city of Marrakesh and heading back home. With time to spare at the airport, we treated ourselves to sushi before boarding. Now, up in the air, I find myself already planning my next trip to Morocco.

Dziś rano żegnamy się z pięknym Marrakeszem i wracamy do domu. Na lotnisku mieliśmy sporo czasu, więc skusiliśmy się jeszcze na sushi przed wejściem na pokład. A teraz, wysoko nad chmurami, już planuję kolejną podróż do Maroka.

Babbouche, juice, and Jemaa el-Fnaa

We found ourselves back at Jemaa el-Fnaa tonight—again—drawn in this time by the promise of something a little different: steaming pots of babbouche, the famous Moroccan snails in spiced broth. You don’t really go hunting for them; the aroma finds you first. Dozens of tiny stalls, each with their own bubbling metal cauldrons, line a corner of the square, surrounded by locals slurping broth and picking snails from their shells.

Every vendor has their own recipe, passed down or improvised, but the basics are always there—an aromatic mix of herbs and spices that make the broth the real star. Think thyme, mint, aniseed, ginger, clove, pepper, cinnamon, liquorice root—sometimes a dozen or more ingredients steeped into something earthy, medicinal, and oddly comforting.

We barely have time to say hello before we’re handed two steaming hot small bowls. The snails are chewy and tender, not far off from mussels in texture, but much milder in flavour. It’s the broth that lingers—deep, herbal, and warming. You sip it at the end like tea.

They're cheap, filling, and strangely addictive. We end up going for seconds without thinking twice.

 

Dziś wieczorem znów trafiliśmy na plac Jemaa el-Fnaa — tym razem z jednym konkretnym celem: znaleźć małe stragany z wielkimi, parującymi garami pełnymi ślimaków w bulionie, czyli babbouche. Nie musieliśmy ich długo szukać — zapach nam podpowiedział. W jednym z kątów placu stoją rzędem te babbouche’owe stragany, a wokół nich siedzą lokalesi i turyści, pochłonięci wyławianiem ślimaków z muszelek i popijaniem bulionu.

Każdy sprzedawca ślimaków ma swój własny przepis na bulion, często przekazywany z pokolenia na pokolenie, ale podstawowe składniki zwykle się powtarzają: tymianek, mięta, anyż, imbir, lukrecja, cynamon, goździki, pieprz… czasem nawet kilkanaście przypraw i ziół gotujących się razem, tworzących wywar zaskakująco złożony — lekko ziołowy, lekko pikantny, mocno rozgrzewający.

Ledwo podchodzimy do wybranego straganu, a już mamy przed sobą po miseczce ślimaków. Dostajemy wykałaczki i zaczynamy cierpliwie wydłubywać miękkie ślimaki z muszelek. W smaku są delikatne, trochę może jak małże, a teksturę mają sprężystą, ale nie bardzo gumową. Po pożarciu ślimaków wypija się bulion, jak herbatę.

Babbouche to tania, szybka i naprawdę smaczna przekąska. Bez namysłu bierzemy po drugiej porcji.

And then we are off for something to drink. The fresh juice stands at Jemaa el-Fnaa are an unmissable part of the square’s chaotic charm. Lined up in neat rows during the day staying open well into the night, these brightly lit stalls temp with towering displays of oranges, grapefruits, pomegranates, prickly pears, or sugarcane. We came here quite a few times during our stay in Marrakesh, and tonight it is our farewell drink.


A potem idziemy się czegoś napić. Stragany ze świeżymi sokami na placu Jemaa el-Fnaa to nieodłączny element jego chaotycznego uroku. Ustawione w równych rzędach za dnia i otwarte aż do późnych godzin nocnych, te jasno oświetlone stoiska kuszą imponującymi wieżami z pomarańczy, grejpfrutów, granatów, opuncji czy trzciny cukrowej. Wpadaliśmy tu wiele razy podczas naszego pobytu w Marrakeszu, a dziś wieczorem przyszedł czas na nasz pożegnalny soczek.

Jemaa el-Fna at night has a completely different energy than during the day. The square fills up with food stalls, musicians, storytellers, and people everywhere. There’s the sound of drums in one corner, someone playing a flute in another, and the smell of grilled meat and spices in the air. It’s busy and a bit chaotic, but also really fascinating. You can just wander around, watch what’s going on, grab something to eat or drink, and take it all in.

 

Jemaa el-Fna nocą ma zupełnie inny klimat niż za dnia. Plac zapełnia się straganami z jedzeniem, muzykami, opowiadaczami historii i tłumem ludzi. W jednym miejscu słychać bębny, gdzie indziej ktoś gra na flecie, a w powietrzu unosi się zapach grillowanego mięsa i przypraw. Jest tłoczno i trochę chaotycznie, ale naprawdę robi wrażenie. Można po prostu chodzić, obserwować to wszystko, coś zjeść albo wypić i chłonąć atmosferę.

Kafé Merstan

Staying in Ennafoura, as we ventured in and out of the medina, we often found ourselves walking past Kafé Merstan. On hot days, they would spray a fine mist of water onto the street, creating a refreshing atmosphere, and the staff was always incredibly kind and welcoming. So, on our last day, we decided to check out their rooftop terrace for a drink. Although the heat was still significant, we were pleasantly cooled by a misting system that kept the atmosphere comfortable, even in the sweltering sun. It turned out to be the perfect spot to unwind with a refreshing beverage while soaking in the beautiful surroundings.

 

Jeszcze mieszkając w riadzie Ennafoura, gdy zapuszczaliśmy się do lub wracaliśmy z mediny, często przechodziliśmy obok Kafé Merstan. W upalne dni rozpylali oni na ulicy delikatną mgiełkę wody, tworząc orzeźwiającą atmosferę, a personel był zawsze bardzo miły i przyjazny i szybki zaczął nas rozpoznawać. Tak więc, ostatniego dnia pod wieczór, postanowiliśmy zajrzeć na ich taras na dachu, aby się po raz kolejny nawodnić. Chociaż wciąż panował upał, zostaliśmy system zraszania utrzymywał komfortową atmosferę na tarasie, przyjemnie nas schładzając. Było to idealne miejsce, aby odpocząć przy orzeźwiającym napoju przed ostatnim obiadem tego pobytu.

Pink city

Marrakech is often referred to as the "Pink City," and for a good reason! It is adorned with a unique pink hue that emerges from the local sandstone used in its architecture. The warm, terracotta tones of the buildings create a stunning backdrop against the vibrant blue skies and lush greenery, making it a visual feast for visitors..

The tradition of using this pink-coloured clay has been maintained over centuries, a nod to Marrakech’s rich history and cultural heritage. As a UNESCO World Heritage site, the city not only showcases its architectural beauty but also preserves the essence of Moroccan craftsmanship.

 

Marrakesz jest często nazywany „Różowym Miastem” i nie bez powodu! Wiele budowli jest tu zbudowanych z lokalnego piaskowca o unikalnym różowym odcieniu. Ciepłe, terakotowe barwy budynków pięknie kontrastują z błękitem nieba i bujną zielenią, czyniąc miasto ucztą dla oczu.

 Tradycja używania różowej gliny jest podtrzymywana od stuleci, co jest ukłonem w stronę bogatej historii i dziedzictwa kulturowego Marrakeszu. Jako obiekt światowego dziedzictwa UNESCO, miasto nie tylko prezentuje swoje piękno architektoniczne, ale także zachowuje istotę marokańskiego rzemiosła.