street

Through the souks

It was already dark by the time we started the walk back through the medina to the sanctuary of our riad. We passed the Koutoubia Mosque and headed through Jemaa el-Fnaa, which was predictably packed (check my previous post if you want the full scoop on that chaos).

From there, we ducked into the labyrinth of the souks. We stopped for a bit at a lamp shop to chat with the owners. In Morocco, these brass lamps are everywhere - they’re basically a symbol of hospitality and are used to create that classic, cosy vibe in homes and cafes. Some are covered in intricate geometric patterns, while others are more about bold, colourful glass.

We browsed a few other stalls along the way, but I played it safe and didn't buy anything. The last thing I want is to be lugging extra bags with us once we head out to the desert.

 

Kiedy wracamy do naszego riadu, nad Marrakeszem zdążył już zapaść zmrok. Po drodze mijamy meczet Koutoubia i plac Jemaa el-Fnaa, który o tej porze tętni życiem (szczegóły w moim wpisie z poprzedniej wyprawy do Maroka).

Szybko jednak uciekamy w labirynt wąskich uliczek suku. Zatrzymujemy się przy sklepie z lampami, zatrzymani na chwilę przez przyjaznych właścicieli. Mosiężne lampy to w zasadzie wizytówka tutejszego rzemiosła - dla Marokańczyków są one symbolem gościnności i domowego ciepła. Niektóre zachwycają precyzyjnymi, geometrycznymi wycięciami, inne przyciągają wzrok kolorowym szkłem.

Zajrzeliśmy jeszcze do paru innych sklepików, ale tym razem obyło się bez zakupów. Wolę nie dociążać bagażu, bo przed nami jeszcze wyprawa na pustynię, a dodatkowe torby to ostatnia rzecz, której teraz potrzebujemy.

Santa Ana Arch

There’s still plenty of time before dinner, so we decide to take a casual stroll up to the Santa Ana arch. Very casual. Very chill. Or so we thought…

We pass a llama fountain (yes, that’s a thing), turn left, and suddenly a steep, charming little street opens up before us. It looks lovely. Inviting, even. A friendly cobblestone welcome. But don’t be fooled, this street is a seasoned con artist, luring naive visitors into believing that by day two, they’ve somehow conquered the altitude.

Spoiler: we have not.

 

Do kolacji zostało jeszcze sporo czasu, więc postanawiamy wybrać się na spacer do łuku Św Anny. Ot, taki mały spacerek. Na spokojnie. 10 minut w każda stronę. Tak nam się przynajmniej wydawało.

Mijamy więc fontannę z lamami skręcamy w lewo i nagle otwiera się przed nami stroma, urocza uliczka. Wygląda zachęcająco. Prawie jak z pocztówki. Ale zaraz się przekonamy, że to czysta zasadzka – ta ulica doskonale wie, jak skusić naiwnych turystów, którym się wydaje, że po dwóch dniach w Cuzco ogarnęli już chorobę wysokościową.

Spoiler: nie ogarnęliśmy.

As we wheeze our way up, red-faced and rethinking all life choices, we turn right into yet another delightfully vertical street — the final ascent to the arch. Raincoats come off because we’ve each created our own personal saunas inside them. Step by step, we climb, each one a negotiation with gravity.

If high altitude were a person, she’d be lounging on a nearby balcony, popcorn in hand, watching us with a smirk.

But then — finally — we pass through the arch and turn around. And the view?

Worthy. So worthy.

 

 

Zasapani, czerwoni na twarzach docieramy na górę i skręcamy w prawo, gdzie kolejna, jeszcze bardziej stroma droga prowadzi już prosto do łuku. Zdejmujemy płaszcze przeciwdeszczowe, bo zdążyliśmy już sobie w środku zorganizować własne sauny. Krok po kroku, wleczemy się do góry walcząc z grawitacją.

Gdyby wysokość była człowiekiem, siedziałaby teraz na balkonie z miską popcornu, obserwując nas z politowaniem i rozbawieniem.

Ale w końcu przechodzimy przez łuk i odwracamy się, żeby popatrzeć na miasto.

A widok jest zacny.

We arrive at just the right moment - that magical in-between time when the sky is glowing with sunset colours and the lights of the city below start to flicker on. The scene is absurdly pretty, almost suspiciously cinematic. We stay a while, letting the sky darken, setting up the tripod to capture long exposures of car lights trailing down the hill. The street is relatively busy, which helps. Cars pass, red lights streak, and just like that, we’ve got our shot.

And so our second day in Cusco is nearly over. Breathless, glowing (mostly from the uphill effort), we are ready for our dinner. We go down again.

 

 

Trafiamy idealnie – na niebie widać jeszcze kolory, ale światła miasta właśnie zaczynają się zapalać. To najbardziej magiczny czas dnia, jeśli chodzi o światło. A potem rozstawiamy statyw i czekamy, aż zrobi się ciemniej i robimy zdjęcia z długim naświetlaniem - czerwone światła samochodów zostawiają smugi na brukowanej ulicy. Ruch jest wciąż dość duży, co nam tylko pomaga. Klik, pstryk  i mamy to.

I tak kończy się nasz drugi dzień w Cuzco, zasapani, rozgrzani (głównie przez podejście), jesteśmy gotowi na kolację. Schodzimy zatem znowu niżej.

Early morning in Cusco

Today, we rose before the sun. We were up, dressed and out at 5 a.m. when the city still held its breath. Plaza de Armas, usually buzzing with life, was pleasantly quiet in the early light.

We walked through and around the square, watching as morning unfolded. Slowly, the sky began to lighten up. The first rays of sun kissed the wooden balconies of the Portal de Panes, turning them golden. Colours sharpened, shadows stretched, and the city began to stir.

Shops lifted their shutters and opened,  one by one. Locals are passing through with quiet purpose. Tourists trickle in with cameras slung over their shoulders, a few at a time, bringing the plaza gently back to life.

It is time for breakfast.

 

Wstaliśmy dzisiaj przed wschodem słońca, o piątej rano byliśmy już po prysznicu, ubrani i gotowi do wyjścia. Miasto jeszcze spało, kiedy ruszyliśmy na obchód Plaza de Armas, żeby zobaczyć je w porannym świetle. Plac, który zazwyczaj tętni życiem, o tej porze był niemal pusty. Cicho, spokojnie, jakby na chwilę czas się zatrzymał.

Spacerowaliśmy bez pośpiechu, chłonąc spokój wczesnego poranka. Kiedy wreszcie pierwsze promienie słońca dotknęły drewnianych balkonów Portal de Panes, wszystko wokół nabrało ciepłych barw, a kolory stały się bardziej nasycone, żywe.

Powoli sklepy zaczęły podnosić rolety, jeden za drugim. Na placu pojawiają się pierwsi przechodnie — najpierw mieszkańcy, potem turyści. Plac zaczyna budzić się do życia.

Pora to więc na śniadanie.

Ginza Crossing and Zukan Museum

After a short break in our hotel, we are back to explore Ginza. This time, our aim is Tokyu Plaza Ginza, a 13-story shopping and entertainment center. We want to photograph Ginza Crossing (also known as Sukiyabashi Crossing) from a bird's eye perspective. This crossing is sometimes nicknamed “the Gate of Ginza.” While it may be less busy than the famous Shibuya Scramble, it is still a great spot to visit.

Po krótkiej przerwie w hotelu wracamy zwiedzać Ginzę. Tym razem naszym celem jest Tokyu Plaza Ginza, 13-piętrowe centrum handlowo-rozrywkowe. Chcemy sfotografować Ginza Crossing (znaną również jako Sukiyabashi Crossing) z perspektywy lotu ptaka. To przejście dla pieszych jest czasami także nazywane „Bramą Ginzy”. Chociaż mniej tu ruchu niż na słynnym Shibuya Scramble, nadal jest to miejsce warte odwiedzenia.

On the sixth floor of Tokyu Plaza Ginza, we find the Zukan museum and stop for some fun. Basically, when you purchase a ticket, you are given a navigation device called a Stone of Recording to enter the world of Zukan. You then have 3 Zukan days to explore 5 different zones: forest, stream, river/lake, ant’s eye view, and grassland, while trying to record as many animals as you can find. Some creatures only appear at specific times of day, and some are shy and will run away if you get too close. You cannot record them if you are too far away, and they must be engaged in certain behaviours to be recorded. When you return your Stone of Recording, you can see a parade of all the animals you managed to collect.

 

Na szóstym piętrze Tokyu Plaza Ginza znajdujemy muzeum Zukan. Kupując bilet, otrzymujemy urządzenie nawigacyjne zwane Kamieniem Zapisu, aby wejść do świata Zukan. Następnie mamy 3 zukańskie dni na zbadanie 5 różnych stref (są to las, strumień, rzeka/jezioro, widok z perspektywy mrówki i sawaana), próbując jednocześnie zarejestrować jak najwięcej zwierząt. Niektóre zwierzaki pojawiają się tylko w określonych porach dnia, inne są nieśmiałe i uciekają, jeśli podchodzimy zbyt blisko. Nie możemy ich jednak zarejestrować, jeśli jesteśmy zbyt daleko, plus muszą one być zaangażowane w określone czynności. Kiedy zwracamy nasz Kamień Zapisu, możemy obejrzeć paradę wszystkich zwierząt, które udało nam się zebrać.

Chuo Dori

Lined with boutiques and department stores, Chuo-Dori Street is the main shopping artery that runs through Ginza. It is Sunday today, so the street is closed to automobile traffic (it only happens at weekends). This bustling street is packed with chic luxury brands, and when I say luxury I mean Louis Vuitton, Hermes or Gucci level of luxury. However, even those with more modest budgets can find shopping opportunities here.

Chuo-Dori is lined with sky-scrappers of all shapes and sizes, including ultra-modern glass buildings, colonial-style brick structures, and traditional wooden buildings. Surprisingly, these diverse architectural styles all blend together harmoniously.

Ulica Chuo-Dori, pełna butików i galerii handlowych, jest główną arterią biegnącą przez Ginzę. Dziś jest niedziela, więc ulica jest zamknięta dla ruchu samochodowego (dzieje się tak tylko w weekendy) i możemy spokojnie spacerować jej środkiem.

Ta tętniąca życiem ulica jest pełna eleganckich luksusowych marek, a mówiąc o luksusie, mam na myśli poziom Louis Vuitton, Hermesa czy Gucci. Jednak nawet osoby dysponujące skromniejszym budżetem znajdą tu możliwości zrobienia zakupów. Chuo-Dori jest usiana drapaczami chmur wszelkich kształtów i rozmiarów. Mijamy ultranowoczesne budynki ze szkła, konstrukcje z cegły w stylu kolonialnym, a także tradycyjne budynki drewniane. Nie wiem jakim cudem, ale te różnorodne style architektoniczne harmonijnie się tu ze sobą łączą.