street

Belgravia in Bloom 2026

Our favourite London festival is back and, naturally, we are not going to miss it. This year's Belgravia in Bloom theme is Fairy Tales in Belgravia, inviting visitors into a world of enchanted forests, magical creatures and storybook adventures.

As always, our walk begins at Chestnut Bakery, which this year is serving strong Alice in Wonderland vibes. Unlike last year, when we had breakfast here, we decide to switch things up and head a little further along the route. We pass the beautifully decorated Koub and Bayley Sage and soon find ourselves in front of Peggy Porschen. Their display draws inspiration from La Dolce Vita, combining vibrant flowers with lemons, peaches and a distinctly Amalfi Coast atmosphere. It feels less like a traditional fairy tale and more like stepping into a glamorous Mediterranean fantasy.

Nasza ulubiony londyński festiwal powraca i, oczywiście, nie mogło nas tam zabraknąć. Tegoroczna edycja Belgravia in Bloom odbywa się pod hasłem Fairy Tales in Belgravia.

Jak zawsze nasz spacer zaczynamy przy Chestnut Bakery, które w tym roku serwuje klimaty z Alicji w Krainie Czarów. W przeciwieństwie do zeszłego roku, kiedy jedliśmy tu śniadanie, tym razem postanawiamy zmienić harmonogram i zjeść nieco dalej. Mijamy więc pięknie udekorowane Koub i Bayley Sage i stajemy przed Peggy Porschen. Ich instalacja inspirowana jest La Dolce Vita - pełna kolorowych kwiatów, cytrusowych akcentów i wyraźnego klimatu włoskiego wybrzeża Amalfi. Całość bardziej przypomina luksusową, śródziemnomorską fantazję niż klasyczną bajkę.

The doorway of the opposite TomTom café is framed with beautiful, colourful florals and greenery, and we will be back here for our Belgravia brunch, but not just yet. We pass the Lime Tree Hotel adorned with oversized flowers and head towards Eccleston Yards. They embraced the theme with a Peter Rabbit-inspired garden and a pumpkin-coloured flower carriage. Then we are back on Elizabeth Street, where several shopfronts have transformed themselves with arches, garlands and cascades of flowers.

Wejście do naprzeciwległego TomTom Café otoczone jest bujnymi, kolorowymi kompozycjami kwiatów i zieleni – wrócimy tu na brunch, ale jeszcze nie teraz. Mijamy hotel Lime Tree ozdobiony wielkimi kwiatami i kierujemy się w stronę Eccleston Yards, gdzie znajdujemy ogród inspirowany „Królikiem Piotrusiem” oraz dyniową, kwiatową karocę. Następnie wracamy na Elizabeth Street, gdzie liczne witryny sklepów zamieniły się w łuki, girlandy i kaskady kwiatów.

Further down the street, Les Senteurs has taken inspiration from Snow White. Surrounded by vibrant flowers, a decorative mirror stands beside baskets overflowing with glossy red apples. The reference is instantly recognisable and wonderfully simple.

Motywem przewodnim instalacji Les Senteurs stała się „Królewna Śnieżka”. Wśród pięknych kompozycji kwiatowych znajdujemy tu dekoracyjne lustro, a obok niego kosze wypełnione lśniącymi czerwonymi jabłkami. Nawiązanie do bajki jest natychmiast rozpoznawalne i bardzo proste w formie.

Outside Summerill & Bishop, Moyses Stevens has created a fragment of a fairy garden on an oversized scale. A fairy silhouette rises above giant red mushrooms, making passers-by feel as though they have been shrunk to the size of Tinker Bell. While the fairy herself is relatively simple, the surrounding display is gloriously abundant, packed with deep reds, vibrant greens, and oversized plants.

Przed Summerill & Bishop Moyses Stevens stworzył fragment bajkowego ogrodu w powiększonej formie. Sylwetka wróżki mniej więcej naszego rozmiaru wynurza się znad ogromnych muchomorów, sprawiając, że przechodnie czują się jakby zmniejszeni do rozmiaru Dzwoneczka. Sama wróżka jest dość minimalistyczna, ale otaczająca ją scenografia jest bardzo bogata z dominującą paletą głębokiej czerwieni i intensywnej zieleni.

From there we make our way towards Halkin Street, where Neill Strain Floral Couture has created a striking installation. A complete bluebell extravaganza takes over the space, with enormous blooms rising far above head height. Rich, saturated greens, blues and purples dominate the installation, and it is easily my favourite of the entire Belgravia trail this year.

Dalej kierujemy się w stronę Halkin Street, gdzie Neill Strain Floral Couture przygotowało jedną z najbardziej efektownych instalacji. Całą przestrzeń wypełniają spektakularne dzwonki, wyrastające wysoko ponad poziom ulicy. Soczyste zielenie i fiolety dominują w tej kompozycji, która jest moją ulubioną instalacją całej tegorocznej trasy w Belgravii.

 Just a short walk away, at the corner of Motcomb Street and Kinnerton Street, Neill Strain has also created a different kind of installation. An arched passageway is wrapped in cascading wisteria, which spills down in soft waves of colour.

Kilka kroków dalej, na rogu Motcomb Street i Kinnerton Street, Neill Strain stworzył zupełnie inną instalację  - znajdujące się tutaj arkadowe przejście zostało ozdobione kaskadami barwnych wisterii.

One of the joys of Belgravia in Bloom is that the headline installations are only part of the experience. Some of our favourite moments come from discovering beautifully decorated shopfronts tucked between the larger displays. Every boutique, florist and café seems eager to add its own interpretation of the theme, creating a trail full of unexpected details and surprises.

 

Jedną z największych przyjemności Belgravia in Bloom jest to, że główne instalacje to tylko część całego festiwalu. Najciekawsze momenty często kryją się między nimi - w pięknie udekorowanych witrynach, mniejszych kompozycjach i detalach, które pojawiają się niespodziewanie na każdym kroku, sprawiając, że cały spacer zamienia się w niekończącą się serię odkryć.

Belgravia in Bloom 2025

It is that time of year again! So, we are off to see “London in bloom”. The theme of the Belgravia festivl this year is “Through the Seasons.” We kicked things off with a breakfast treat, but I will save that for a separate entry.

In my head, Belgravia in Bloom always starts at Peggy Porschen, and this year they are as whimsical as ever. Even from afar, you can see a beautifully lush archway featuring dense clusters of pink, cream, and deep magenta blooms. Their take on this year's theme was inspired by Shakespeare’s A Midsummer Night’s Dream.

 

To znowu czas festiwalu „London in bloom” Tematem przewodnim tegorocznego festiwalu w Belgravii jest „“Through the Seasons”(„Przez pory roku”). Dzień zaczęliśmy od śniadaniowych pyszności, ale o tym opowiem w osobnym wpisie.

W mojej głowie spacer po Belgravia in Bloom zawsze zaczyna się od Peggy Porschen i w tym roku cukiernia jest tak samo bajkowa jak zawsze. Już z daleka wzrok przyciąga jej fasada w pastelowym różu ozdobiona girlandami utkanymi z różowych, kremowych i amarantowych kwiatów. Ich tegoroczna interpretacja tematu została zainspirowana Szekspirem i jego Snem nocy letniej.

The TomTom Coffee House, which sits just opposite Peggy, opted for what I can only call "aggressive pastels." Lush bunches of blue, yellow, pink, and red flowers arch around the main entrance, playfully adorned with little owls, pumpkins, butterflies, and bees.

On the opposite side, the Lime Tree Hotel is also beautifully decorated with a half-arch made of rustic tree branches and colourful flowers.

Eccleston Yards is relatively modest this year, adorned only with a few oversized flowers and some flowery armchairs including an interactive floral swing chair.

 

TomTom Coffee House, który znajduje się naprzeciwko Peggy, postawił w tym roku na agresywne pastele. Nad głównym wejściem pyszni się obfita girlanda niebieskich, żółtych, różowych i czerwonych kwiatów, ozdobiona dodatkowo figurkami małych sówek, dyń, motyli i pszczół.

Hotel Lime Tree również wygląda zacnie  - jego wejście zdobi asymetryczny półłuk wykonany z gałęzi i kolorowych kwiatów.

Dziedziniec Eccleston Yards jest w tym roku stosunkowo skromny. Udekorowano go kilkoma wielkimi kwiatami i kwiecistymi fotelami (w tym dużą huśtawką).

But it is in front of the Parson’s Nose butchers where we find the "Crowned by Nature" installation by Neill Strain Floral Couture: a massive, three-dimensional, larger-than-life sculpted head of Mother Nature. The face and facial features are meticulously crafted using tightly packed green moss, live plants, and textured grasses to create incredibly realistic shadows, depth, and contours. Her cascading hair and crown are woven from a massive gradient of seasonal flowers.

Za to tuż przed rzeźnikiem Parson’s Nose trafiamy na instalację „Crowned by Nature” autorstwa Neill Strain/Floral Couture. To ogromna, trójwymiarowa twarz Matki Natury. Rysy twarzy zostały pieczołowicie wyprofilowane z gęstego, zielonego mchu, żywych roślin i ozdobnych traw, co tworzy niesamowicie realistyczne cienie, głębię i fakturę. Jej kaskadowe włosy i korona zrobione są z sezonowych kwiatów.

A vibrant floral arch curves over the Pepa London entrance; colour-wise, it is easily one of my favorite compositions on the trail.

Meanwhile, in front of Papouelli, there is a large, sunflower-themed installation featuring children's mannequins playing among the blooms. For some reason, it feels just a tad spooky to me!

Nad wejściem do Pepa London zwisają piękne girlandy kwiatów - pod względem doboru kolorów to jedna z moich ulubionych kompozycji na całej trasie.

Kawałek dalej, przed Papouelli, stoi duża instalacja z motywem słoneczników, w których bawią się dziecięce manekiny. Trochę mi one przypominają jakieś ufo-ki i z jakichś powodów ta instalacja trąci wg mnie nutką horroru.

The Moyses Stevens flower shop naturally boasts a stunning floral arch at its entrance, and several other boutiques nearby are surrounded by beautiful displays - we especially liked Beulah and Walden Chymist.

Les Senteurs perfumery also stands out with a whimsical white teapot pouring a colourful, floral brew right into a white teacup.

Kwiaciarnia Moyses’a Stevens’a oczywiście również przygotowała imponujący kwiatowy łuk przy wejściu, a kilka sąsiednich sklepów nie ustępuje jej kroku - nam najbardziej wpadły w oko dekoracje u Beulah oraz w Walden Chymist.

Perfumeria Les Senteurs też wyróżnia się z tłumu pomysłowym, białym imbrykiem, z którego do filiżanki „wylewa się” barwny, kwiatowy napar.

 The main showcase by Moyses Stevens, however, is "The Butterfly Calendar" on Elizabeth Street.

Główną atrakcją przygotowaną  przez Moyses’a Stevens’a jest jednak projekt „The Butterfly Calendar” (Kalendarz  Motyli) na Elizabeth Street.

We then headed towards Chelsea, resting for a brief moment in the Horatio’s Garden and admiring some of the most beautifully adorned shop windows along the way.

Na koniec ruszamy w kierunku Chelsea, zatrzymując się na krótką chwilę wytchnienia w Horatio’s Garden i podziwiając po drodze jedne z najpiękniej zaaranżowanych witryn sklepowych.

Oh, and I spotted a gorgeous watering can shaped like a white cat! Sadly, it was a bit too expensive to justify the purchase. At least I took a picture.

Aha, wpadła mi w oko cudna konewka/czajniczek w kształcie białego kota! Niestety cena  zwalalała z nóg i nie mogłam usprawiedliwić tego zakupu. Ale przynajmniej zrobiłam jej zdjęcie.

Museo de Arte Religioso del Arzobispado

A light rain begins to fall, but fortunately the museum is only a short walk away, just a block from the Plaza de Armas. It is housed in a large colonial mansion built on the foundations of the palace of Hathun Rumiyoq, once home to the sixth Inca ruler, Inca Roca, and later used as the residence of the Archbishop of Cusco.

The building preserves sections of original Inca walls around its perimeter, while its colonial inner courtyard features stone arches, decorative tiles, and a central fountain.

 

Zaczyna lekko padać, ale na szczęście muzeum znajduje się zaledwie przecznicę od Plaza de Armas, więc droga nie jest długa. Muzeum to (typowo dla Cusco) mieści się w okazałej kolonialnej rezydencji wzniesionej na fundamentach pałacu Hathun Rumiyoq, który należał niegdyś do szóstego władcy Inków, Inki Roki. W późniejszych czasach budynek pełnił funkcję rezydencji arcybiskupa Cusco.

Do dziś zachowały się fragmenty oryginalnych inkaskich murów otaczających posiadłość. Wewnątrz znajduje się kolonialny dziedziniec z kamiennymi arkadami, ozdobnymi płytkami i centralnie położoną fontanną.

Inside, the rooms display canvases, sculptures, altarpieces, colonial furniture, liturgical ornaments, and other examples of viceregal religious art. There is also a collection of paintings from the Cusco School, including works by Diego Quispe Tito.

Photography is permitted only in the courtyard, not inside the exhibition rooms, so all of our photos were taken from the outside.

 

W salach muzealnych można zobaczyć obrazy, rzeźby, ołtarze, meble kolonialne, szaty liturgiczne oraz inne przykłady sztuki religijnej z okresu wicekrólestwa. Szczególnie interesująca jest kolekcja dzieł szkoły cuskeńskiej, w tym obrazy Diego Quispe Tito.

Fotografowanie dozwolone jest jedynie na dziedzińcu, dlatego większość naszych zdjęć powstała na zewnątrz lub przez otwarte przejścia.

At one point, we also wandered into a garden at the back of the property. We suspect it may not have been intended for visitors, but the signage was rather unclear and we ended up there by honest mistake. No regrets, though - the garden looked beautiful in the fading light, and we were even treated to a distant rainbow.

W pewnym momencie trafiliśmy również do ogrodu znajdującego się z tyłu budynku. Jesteśmy teraz prawie pewni, że ta część nie była przeznaczona dla zwiedzających, ale oznakowanie nie było dobrze widoczne i dopiero przy wyjściu zauważyliśmy, że chyba nie była to trasa zwiedzania. Nie żałujemy jednak tej pomyłki. Ogród prezentował się pięknie w świetle zachodzącego słońca, a nad górami po drugiej stronie doliny pojawiła się nawet na chwilę tęcza.

By the time we finish our visit, the sun has already set. The stones of the narrow Hathun Rumiyoq street, still wet from the earlier rain, reflect the warm golden glow of the surrounding lights, creating a particularly atmospheric scene.

As for dinner, our destination is only a few steps away.

 

Gdy kończymy zwiedzanie, słońce jest już schowane za horyzontem. Mokre po deszczu kamienie wąskiej uliczki Hathun Rumiyoq odbijają ciepłe, złote światło okolicznych latarni, tworząc wyjątkowo nastrojowy widok.

A kolacja? Nie musimy iść daleko – nasza restauracja znajduje się dosłownie kilka kroków stąd.

Santa Ana Arch

There’s still plenty of time before dinner, so we decide to take a casual stroll up to the Santa Ana arch. Very casual. Very chill. Or so we thought…

We pass a llama fountain (yes, that’s a thing), turn left, and suddenly a steep, charming little street opens up before us. It looks lovely. Inviting, even. A friendly cobblestone welcome. But don’t be fooled, this street is a seasoned con artist, luring naive visitors into believing that by day two, they’ve somehow conquered the altitude.

Spoiler: we have not.

 

Do kolacji zostało jeszcze sporo czasu, więc postanawiamy wybrać się na spacer do łuku Św Anny. Ot, taki mały spacerek. Na spokojnie. 10 minut w każda stronę. Tak nam się przynajmniej wydawało.

Mijamy więc fontannę z lamami skręcamy w lewo i nagle otwiera się przed nami stroma, urocza uliczka. Wygląda zachęcająco. Prawie jak z pocztówki. Ale zaraz się przekonamy, że to czysta zasadzka – ta ulica doskonale wie, jak skusić naiwnych turystów, którym się wydaje, że po dwóch dniach w Cuzco ogarnęli już chorobę wysokościową.

Spoiler: nie ogarnęliśmy.

As we wheeze our way up, red-faced and rethinking all life choices, we turn right into yet another delightfully vertical street — the final ascent to the arch. Raincoats come off because we’ve each created our own personal saunas inside them. Step by step, we climb, each one a negotiation with gravity.

If high altitude were a person, she’d be lounging on a nearby balcony, popcorn in hand, watching us with a smirk.

But then — finally — we pass through the arch and turn around. And the view?

Worthy. So worthy.

 

 

Zasapani, czerwoni na twarzach docieramy na górę i skręcamy w prawo, gdzie kolejna, jeszcze bardziej stroma droga prowadzi już prosto do łuku. Zdejmujemy płaszcze przeciwdeszczowe, bo zdążyliśmy już sobie w środku zorganizować własne sauny. Krok po kroku, wleczemy się do góry walcząc z grawitacją.

Gdyby wysokość była człowiekiem, siedziałaby teraz na balkonie z miską popcornu, obserwując nas z politowaniem i rozbawieniem.

Ale w końcu przechodzimy przez łuk i odwracamy się, żeby popatrzeć na miasto.

A widok jest zacny.

We arrive at just the right moment - that magical in-between time when the sky is glowing with sunset colours and the lights of the city below start to flicker on. The scene is absurdly pretty, almost suspiciously cinematic. We stay a while, letting the sky darken, setting up the tripod to capture long exposures of car lights trailing down the hill. The street is relatively busy, which helps. Cars pass, red lights streak, and just like that, we’ve got our shot.

And so our second day in Cusco is nearly over. Breathless, glowing (mostly from the uphill effort), we are ready for our dinner. We go down again.

 

 

Trafiamy idealnie – na niebie widać jeszcze kolory, ale światła miasta właśnie zaczynają się zapalać. To najbardziej magiczny czas dnia, jeśli chodzi o światło. A potem rozstawiamy statyw i czekamy, aż zrobi się ciemniej i robimy zdjęcia z długim naświetlaniem - czerwone światła samochodów zostawiają smugi na brukowanej ulicy. Ruch jest wciąż dość duży, co nam tylko pomaga. Klik, pstryk  i mamy to.

I tak kończy się nasz drugi dzień w Cuzco, zasapani, rozgrzani (głównie przez podejście), jesteśmy gotowi na kolację. Schodzimy zatem znowu niżej.

Early morning in Cusco

Today, we rose before the sun. We were up, dressed and out at 5 a.m. when the city still held its breath. Plaza de Armas, usually buzzing with life, was pleasantly quiet in the early light.

We walked through and around the square, watching as morning unfolded. Slowly, the sky began to lighten up. The first rays of sun kissed the wooden balconies of the Portal de Panes, turning them golden. Colours sharpened, shadows stretched, and the city began to stir.

Shops lifted their shutters and opened,  one by one. Locals are passing through with quiet purpose. Tourists trickle in with cameras slung over their shoulders, a few at a time, bringing the plaza gently back to life.

It is time for breakfast.

 

Wstaliśmy dzisiaj przed wschodem słońca, o piątej rano byliśmy już po prysznicu, ubrani i gotowi do wyjścia. Miasto jeszcze spało, kiedy ruszyliśmy na obchód Plaza de Armas, żeby zobaczyć je w porannym świetle. Plac, który zazwyczaj tętni życiem, o tej porze był niemal pusty. Cicho, spokojnie, jakby na chwilę czas się zatrzymał.

Spacerowaliśmy bez pośpiechu, chłonąc spokój wczesnego poranka. Kiedy wreszcie pierwsze promienie słońca dotknęły drewnianych balkonów Portal de Panes, wszystko wokół nabrało ciepłych barw, a kolory stały się bardziej nasycone, żywe.

Powoli sklepy zaczęły podnosić rolety, jeden za drugim. Na placu pojawiają się pierwsi przechodnie — najpierw mieszkańcy, potem turyści. Plac zaczyna budzić się do życia.

Pora to więc na śniadanie.