restaurant

Wahaca Covent Garden

As always, a visit to London means food. On the way to the theatre, we briefly stop at the Southbank Centre Food Market after noticing a Polish stand selling grilled sausages. We very rarely eat sausages these days, but the pull of nostalgia was strong.

Jak zawsze, wizyta w Londynie oznacza że będziemy jeść. W drodze do teatru zatrzymujemy się na chwilę na Southbank Centre Food Market, bo zauważamy polskie stoisko z grillowanymi kiełbaskami. Bardzo rzadko jemy obecnie kiełbasę, ale nostalgia zrobiła swoje.

After the spectacle, we have dinner booked at Wahaca, a colourful, casual Mexican restaurant serving tacos, small plates, and quesadillas, with a lively, buzzy vibe right in the heart of the West End. It is actually the original Wahaca location, where the whole chain began back in 2007, inspired by the street food markets of Mexico. Btw, these Mexican eateries are the brainchild of Thomasina Miers, who won MasterChef in 2005.

We spot it easily thanks to the bold, colourful display in the front window, filled with papier-mâché decorations and floral elements, and step down into the restaurant. The interior aims to evoke Mexico’s lively street markets and urban hangouts rather than a formal dining room. We are welcomed by bright colours, relaxed seating and a touch of industrial chic. The place is crowded, and we wait in line for a few minutes before getting our table. Without a reservation, they would likely have sent us away. From this moment on, though, everything runs smoothly and efficiently.

Po spektaklu mamy zarezerwowaną kolację w Wahaca, kolorowej meksykańskiej restauracji serwującej tacos, tapas i quesadillas w samym sercu West Endu. Jest to pierwsza lokalizacja sieci Wahaca, od której wszystko się zaczęło w 2007 roku, po tym, jak Thomasina Miers zwyciężyła w MasterChef w 2005 roku.

Łatwo ją zauważyć dzięki odważnej, kolorowej witrynie pełnej figure z papier-mâché, kwiatowych dekoracji i ozdób. Schodzimy zatem po schodach do środka Restauracja jest położona poniżej ulicy). Wnętrze przywołuje klimat tętniących życiem meksykańskich ulicznych targów i miejskich miejsc spotkań, a nie formalnej restauracji. Wita nas feeria barw, wygodne chociaż bardzo różne miejsca do siedzenia i lekka nuta industrialnego klimatu. Lokal jest pełen gości i czekamy dobrych kilka minut w kolejce, zanim dostaniemy stolik. Bez rezerwacji pewnie odesłaliby nas z kwitkiem. Od tego momentu jednak wszystko działa sprawnie i bez zarzutu.

The menu offers a variety of fresh, street-food style Mexican dishes. Do not confuse it with the heavy, cheesy plates common in Tex-Mex, but instead think soft corn tortillas, smoky grilled flavours and fresh salsas. We immediately know what we want, even though many options are tempting. The Sunshine Bowls call our names. They are vibrant bowls of 30 plants, with avocado, corn, spinach, quinoa, black beans and a coconut and lime dressing. I choose grilled chicken, while Marcin goes for halloumi. They look beautiful and taste even better. I also order a Three Citrus Fizz, pink grapefruit, lime and lemon served sparkling over ice, while Marcin opts for a margarita and Lucky Saint.

Menu oferuje szeroki wybór świeżych, street foodowych dań kuchni meksykańskiej. Nie chodzi tu o ciężkie, serowe potrawy znane jako Tex-Mex, raczej zaś o miękkie kukurydziane tortille, dymne grillowane smaki i świeże salsy. Od razu wiemy, co chcemy zamówić, choć wiele propozycji w menu naprawdę kusi. Sunshine Bowls wołają do nas najgłośniej. To kolorowe miski pełne aż 30 roślin, z awokado, kukurydzą, szpinakiem, komosą ryżową, czarną fasolą i kokosowo-limonkowym dressingiem. Ja wybieram wersję z grillowanym kurczakiem, a Marcin z halloumi. Wyglądają pięknie i smakują jeszcze lepiej. Do tego zamawiam Three Citrus Fizz, różowy grejpfrut, limonkę i cytrynę podane na lodzie z bąbelkami, a Marcin decyduje się na margaritę i Lucky Saint.

For dessert, we decide on the Warm Chocolate and Pecan Cake, a dense, moist cake featuring toasted sesame and ancho sugar, served with a unique, very slightly alcoholic whipped tequila cream, Earl Grey tea and coffee. I am officially a fan of Wahaca after this first visit. It was so good that I now want to visit all the Wahacas.

Na deser wybieramy ciepłe ciasto czekoladowo-pekanowe, gęste i wilgotne, z dodatkiem prażonego sezamu i cukru ancho, podawane z wyjątkowym, lekko alkoholowym kremem z tequilą. Oczywiście do tego herbata Earl Greyem i kawa. Po tej pierwszej wizycie zostałam oficjalną fanką Wahaki. Jedzenie było tak dobre, że teraz chcę odwiedzić wszystkie Wahaki w Londynie.

New Molden: Hair and Korean food

After three whole months since my previous colouring, my hair was screaming for a visit to Seung Ki Baek’s studio. A few hours later, with a fresh splash of colour and no roots in sight, I felt much more human.

Po trzech miesiącach od ostatniego farbowania moje włosy zdecydowanie domagały się wizyty w studiu Seung Ki Baeka. Kilka godzin później, z odświeżonym kolorem i bez śladu odrostów, poczułam się zdecydowanie bardziej jak człowiek.

But obviously, a visit to New Malden by default means Korean food. This time we stopped by Yami, a relatively new restaurant on the High Street. We kept things simple and classic, ordering bibimbap served in a hot stone bowl along with a beef soup. The bibimbap arrived still sizzling and was deeply comforting and delicious. The beef soup was equally satisfying, served steaming hot with tender pieces of beef in a rich, savoury broth. The service was friendly and unhurried, making it a pleasant place to sit and enjoy the meal.

Ale oczywiście wyjazd do New Malden niemal automatycznie oznacza koreańskie jedzenie. Tym razem trafiliśmy do Yami, relatywnie niedawno otwartej restauracji przy High Street. Zamówiliśmy klasycznie i bez kombinowania: bibimbap podawany w rozgrzanej kamiennej misce oraz zupę z wołowiny. Bibimbap dotarł na stół jeszcze skwierczący i był - jak zawsze – pyszny. Zupa wołowa również była przyzwoita - aromatyczna, i z miękkimi kawałkami mięsa. Obsługa była miła i nienachalna, dzięki czemu można było spokojnie cieszyć się posiłkiem. Także lunch był bardzo udany.

Alma

Tonight, we had dinner at the hotel’s restaurant, Alma. It serves Peruvian fusion and international dishes, with a focus on traditional and local ingredients. And yes - once again, we started with ceviche (it’s getting slightly ridiculous how often we’ve had it in Peru, I know), and once again it didn’t disappoint. The alpaca and chicken dishes were both cooked to perfection - flavourful, tender, and beautifully plated.

Dziś zjedliśmy kolację w hotelowej restauracji Alma. Serwują tam dania kuchni peruwiańskiej fusion i międzynarodowej, z naciskiem na używanie tradycyjnych, lokalnych składników.
I tak, znowu zaczęliśmy od ceviche (wiem, to już trochę absurdalne, jak często jemy to w Peru), ale znowu się nie zawiedliśmy. Dania z alpaki i kurczaka były przygotowane perfekcyjnie - smaczne i pięknie podane.

It was a relaxed, quiet dinner. We turned in early since tomorrow is our first full day with a local guide, and we’ve got a relatively early start. But before bed, I couldn't resist sneaking back into the restaurant after hours to grab a few clips of the interior without people. Mission accomplished.

To była spokojna, cicha kolacja. Po niej postanowiliśmy pójść od razu spać, bo jutro pierwszy pełny dzień z lokalnym przewodnikiem i start mamy dość wcześnie. Ale przed snem nie mogłam się powstrzymać i wróciłam do restauracji po godzinach, żeby nakręcić kilka ujęć wnętrza bez ludzi. Misja zakończona sukcesem.

Organika Bakery & Coffee

Two museums later, it was definitely time for a break. We stopped by Organika Bakery & Coffee, run by the same owners as Yaku, and connected to it. Since the café was pretty busy, we took a seat in Yaku instead, where we enjoyed some pastries and my favourite herbal tea.

 

Dwa muzea później przyszła pora na małą przerwę. Wdepnęliśmy więc do Organika Bakery & Coffee, prowadzonej przez tych samych właścicieli, co Yaku i połączonej z tą restauracją. Ponieważ w samej kawiarni było sporo ludzi, usiedliśmy w Yaku, gdzie mogliśmy spokojnie zjeść ciastka i wypić moją ulubioną herbatę ziołową.

Organika dinner

After our shamefully breathless but beautiful climb to the Santa Ana arch, we make our way back down, heading to dinner - this time to Organika, which is connected to Yaku, where we dined yesterday. The vibe is similar: warm, casual, slightly artsy. Soft lights, good music, and the smell of something amazing coming from the kitchen.

Po naszej mozolnej wspinaczce pod łuk Santa Ana, ruszamy w dół na kolację. Dziś wybieramy restaurację Organica - siostrzany lokal w stosunku do Yaku, gdzie jedliśmy wczoraj. W środku panuje dość podobny klimat: przytulnie, trochę artystycznie, miła dla ucha muzyka i dochodzące z kuchni zapachy z kuchni, od których burczy nam w brzuchu…

To start, we share a trout ceviche - fresh trout in a yellow chilli sauce with mango, red onion, and cushuro (those tiny green spheres from the Andes), all served with toasted corn and mashed sweet potato. It’s vibrant, bright, and just the right amount of spicy.

Na przystawkę zamawiamy ceviche z pstrąga - świeży pstrąg w sosie z żółtej papryczki chili, z mango, czerwoną cebulą, cushuro (to te małe zielone kulki z Andów), prażoną kukurydzą i puree z batata. Kolorowe, świeże, lekko pikantne, jest to idealne danie na początek.

For mains, I go for the gnocchis in pomodoro sauce - homemade, soft and pillowy, served in a rich tomato base with a sprinkle of Andean herbs, parmesan, garlic chips, sunflower seeds and some garden sprouts on top. It’s comforting in all the best ways.

Marcin chooses the grilled alpaca, served with creamy gnocchis on the side and a fresh arugula salad. It is tender, full of flavour, and surprisingly light.  So far we are amazed by the quality of food in Peru.

Na danie główne ja biorę gnocchi w sosie pomidorowym - mięciutkie jak puch kluseczki w aromatycznym sosie z andyjskimi ziołami, parmezanem, czosnkiem, pestkami słonecznika i świeżymi kiełkami. Proste, ale bardzo smacznie.

Marcin wybiera grillowaną alpakę, podaną także z gnocchi w białym sosie i sałatką z rukoli. Mięso jest delikatne, dobrze przyprawione i zaskakująco lekkie. Jak dotąd jakość gastronomii w Peru przerasta nasze oczekiwania.

We’re pretty full, but dessert always finds its way. We try something a bit unexpected: arugula tiramisu. Yes, arugula (rocket). Arugula cream is layered over a chocolate brownie and some homemade cookies.

To finish, we order a herbal teapot with peppermint, lemongrass, chamomile, fennel, coca and muña leaves. And, because we’re in Peru, a pisco with passionfruit.

Slow sips and happy bellies make a soft end to a full of adventures day.

 

Jesteśmy już dość najedzeni, ale każdy wie, że na deser jest osobny żołądek. Zamawiamy dzisiaj coś nietypowego: tiramisú z rukoli. Tak, dobrze czytacie, z rukoli. Krem z rukoli podany jest na czekoladowym cieście brownie i jest zaskakująco dobry.

Na zakończenie dzbanek ziołowego naparu: mięta, trawa cytrynowa, rumianek, koper włoski, liście koki i peruwiańska muña. A do tego, też bardzo lokalnie: pisco z marakują.

Przy herbatce i drinku kończymy nasz pierwszy pełen dzień w Cuzko.